Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
worlds

Półfinały warte zapamiętania

O końcu drogi H2k i fantastycznym starciu koreańskich gigantów

Półfinały tegorocznych Mistrzostw Świata były tak słodkie, jak i gorzkie. Tak niesamowite i trzymające w napięciu jak i okrutnie rozczarowujące. Byliśmy świadkami jednego z najlepszych weekendów esportowego świata Ligi i choć w turnieju utraciliśmy już naszych ostatnich reprezentantów, nadal mamy mnóstwo powodów do dumy i co najmniej tyle samo powodów, aby już za kilka dni usiąść wygodnie przed monitorami, by obejrzeć wielki finał.

Koreański klasyk

SKT at Worlds 2016

W pierwszym, półfinałowym starciu spotkali się starzy znajomi z koreańskiego podwórka. Wielokrotni mistrzowie Korei, dwukrotni i obecni mistrzowie świata stanęli naprzeciw swoich największych, lokalnych oponentów. Dla SK Telecom T1 miał to być przedwczesny finał. Ot, ostatnia przeszkoda na drodze do kolejnego mistrzowskiego tytułu. Dla ROX za to wielka szansa na międzynarodowe odkupienie. Tygrysy wielokrotnie walczyły o najwyższe stopnie podium, jednak w tej najważniejszej walce zazwyczaj brakowało im zamknięcia. Sposobu na boskie zagrania Fakera i spółki, który umożliwiłby im podniesienie tego najważniejszego pucharu choć raz i by ten znów nie trafił w dłonie przeciwników w czerwonych kurtkach.

W poszukiwaniu swojego miejsca

Pierwszy mecz serii zaczął się dość niewinnie. Mieliśmy co prawda okazję zobaczyć trochę dobrej Ligi Legend, ale starciom brakowało polotu. Na przelanie pierwszej krwi przyszło czekać aż 12 minut, a w akcjach obu drużyn przebrzmiewał zachowawczy ton, który wskazywał na powagę rezultatu tego spotkania. Po stronie stopniowo przegrywających ROX Tigers brakowało zazwyczaj śmiałych i przede wszystkim skutecznych zagrań ich dżunglera - Peanuta. Wybór Elise uniemożliwił mu w pełni rozwinięcie się w roli, w jakiej potrzebowała go drużyna, przez co jego wpływ na przebieg walk na alejach swoich sojuszników został ograniczony do minimum. SKT natomiast szło swoim, odgórnie wyznaczonym szlakiem, by zwycięstwo stopniowo wyrywane swoim oponentom doprowadzić bezpiecznie do końca. Nawet w tak pozornie jednostronnej walce nie zabrakło niespodzianek. Cień nadziei na triumf obecnych mistrzów świata rzucił niezauważenie zdobyty przez ROX Nashor. Ekipa Smeba zdołała co prawda na chwilę zachwiać posadami przewagi obecnych mistrzów, jednak nie wystarczyło to, by zupełnie oddalić się od niechybnie zbliżającej się porażki. W starciu o Starszego Smoka swój niebywały kunszt pokazał przede wszystkim niezastąpiony Faker. Tuż po zdobyciu wzmocnienia rzucił Falę Uderzeniową, która w mgnieniu oka usunęła z pola walki Gorillę oraz Kuro. Tak osłabione ROX szybko upadło pod naporem niszczycielskiej siły SKT i jeszcze nim wspomnieni polegli zdążyli się odrodzić, ich Nexus legł w gruzach kończąc pierwszą z serii gier.

Faker and Duke at Worlds 2016

Na kłopoty Miss Fortune

Smeb and Peanut at Worlds 2016

Druga gra rozpoczęła się od dwóch niespodzianek. Po pierwsze, w miejscu dobrze radzącego sobie Bengi’ego pojawił się drugi-rezerwowy dżungler SKT - blank. Ten ostatni ma w przyszłości zapewne zastąpić swojego bardziej doświadczonego kolegę z pozycji, dlatego też - również podczas tego turnieju - dostaje w grze dużo czasu, by swojego doświadczenia i zgrania z zespołem czerpać jak najwięcej. Drugą i zdecydowanie większą niespodzianką tego półfinału okazał się jednak wybór Gorilli, bo w roli wspierającego postawił on w tym meczu na… Miss Fortune. Tym większe zaskoczenie zagościło zapewne na twarzach fanów wieszczących porażkę ROX, kiedy to ta sama MFka zaczęła naprawdę dobrze działać, a Tygrysy wysunęły się na prowadzenie. Ten ekstrawagancki wybór nie był oczywiście jedynym czynnikiem decydującym o odmianie losów spotkania, jednak w roli jaką miał pełnić ( kontrowania Zyry wybieranej przez Wolfa) sprawdził się wręcz wyśmienicie. W drugiej i trzeciej grze zobaczyliśmy również nieprawdopodobnego Peanuta na Lee Sinie, Smeba na Rumble’u czy PraYa na Ashe, który zachwycał zagraniami Zaczarowaną Kryształową Strzałą. Mało tego, jego umiejętność wymierzona w teleportującego się po drugiej stronie mapy Duke’a spowodowała opad szczęk oglądających, a samo zagranie z pewnością zostanie zapamiętane jako jedne z najlepszych na profesjonalnej scenie Ligi na bardzo długo.

W grze drugiej oraz trzeciej wszystko działało w ROX dokładnie tak jak powinno. PraY dominował dolną aleję raz za razem znęcając się nad Wolfem przy użyciu swojej umiejętności specjalnej. Peanut pojawiał się dokładnie w każdej części mapy i wszędzie zaznaczał swoją obecność dokładając się lub samodzielnie zdobywając zabójstwa. Nawet kurO stawał na wysokości zadania, by dokładać swoją jakże ważną cegiełkę do rezultatu, chociaż tak głośno mówiło się przecież o jego wyraźnie gorszym umiejętnościom od Fakera. ROX Tigers wyglądało na wystarczająco mocne, by sięgnąć po tytuł mistrzowski, niestety wszystko co dobre…

Powrót króla

SKT victory at Worlds 2016

W ostatnich dwóch grach do gry po stronie SKT wrócił legendarny dżungler, bengi. Po świetnym występie w pierwszym meczu oraz umiarkowanych grach blanka, długoletni członek SKT miał powrócić na Rift, by dzięki swojemu niebywałemu doświadczeniu odmienić losy serii. W tamtym momencie drużyna Fakera przegrywała już 1:2 i jedynie jeden mecz dzielił ich od pożegnania z turniejem. Na swoje szczęście jednak wszystkie podjęte przez SKT kroki przyniosły upragniony rezultat. Najpierw zablokowali Miss Fortune, by ta w rękach Gorilli nie nękała już tak mocno duetu Bang i Wolf. Następnie wybrali Nidalee, której wybór choć był podobno pomyłką, sprawdził się wręcz wyśmienicie podczas samej gry. W końcu, postawili oni również na nowe rozwiązania na dolnej oraz środkowej alei, pozwalając, by Faker zagrał Zileanem, a Bang świetnie radzącym sobie Jhinem. To wszystko oraz wątpliwe wybory po stronie ROX doprowadziły do wyrównania rezultatu, a następnie ostatecznej przegranej Tygrysów w całej serii. Po raz kolejny obecni mistrzowie Korei musieli uznać wyższość swoich wieloletnich rywali na międzynarodowej scenie i znów obejść się jedynie smakiem upragnionego pucharu. Chociaż ROX przegrało serię, same gry były rewelacyjnym widowiskiem, do którego bez problemu wracać będzie można jeszcze długo po zakończeniu całego turnieju.

Ostatni bastion Europy

H2k at Worlds 2016

Drugi półfinał był tym, na który prawdopodobnie najbardziej czekała większość waszego growego środowiska. Europejskie H2k, jako jedyna pozostała na placu boju drużyna z zachodu miała podjąć trzecią drużynę Korei, która w tym turnieju radziła sobie niekiedy lepiej niż druga czy pierwsza. Drużyna Samsung Galaxy, wchodząca do meczu jako faworyt, miała jedynie pokazać wyższość koreańskiej szkoły Ligi oraz sprawić, by drugi rok z rzędu, w ostatniej serii całego turnieju znów spotkały się ze sobą dwa zespoły z LCK. Dla H2k stawka, choć pozornie jednakowa, wydawała się być kilkakrotnie większa. Zostali jedynym zachodnim zespołem w turnieju i chcąc nie chcąc, stanęli oni do walki już nie tylko o swoje osobiste osiągnięcia i nagrody, ale również o honor całego regionu.

Dobre złego początki

SSG at Worlds 2016

Największym wyzwaniem, jakie stało przed H2k jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek, było ogranie rywali w późnej fazie gry. Jankos i spółka są doskonale znani ze swojej agresji i skuteczności na początku meczów, jednak często brakuje im również domknięć dominowanych gier. Samsung Galaxy natomiast, znane jest raczej ze swojego spokoju i rozsądku. Zawodnicy SSG nie zwykli rzucać się do przodu w impulsach agresji. Zdecydowanie częściej decydowali się oni na spokojne rozegrania pozornie trudnych sytuacji. Często stawiali na przykład na splitpush, podczas gdy inne drużyny wkładały wszystkie swoje zasoby w walki drużynowe. Ten uogólniony profil obu drużyn, na nieszczęście chłopaków z H2k, znalazł swoje odbicie również w rezultacie tej półfinałowej serii. Drużyna reprezentantów naszego kontynentu już w pierwszej minucie, wskutek zasadzki, przelała pierwszą krew. Jankos po paru minutach ponownie zawitał na osłabionej dolnej alei i H2k ponownie zapisało się na tablicy wyników. To co wydawało się dobrze zrealizowanym planem szybko przestawało mieć znaczenie wskutek niepoprawnych decyzji reszty drużyny. W przeciągu kolejnych dwóch minut Ryu zdołał zginąć aż dwa razy, w obu przypadkach uznając wyższość grającego Nidalee Ambitiona. Od tamtego momentu, pomimo wielu dobrze rozegranych przez H2k walk drużynowych, przewaga SSG jedynie rosła. Pojedyncze zabójstwa nie były w stanie zneutralizować słabszych występów pojedynczych członków zespołu. Po dwudziestej minucie na przykład, pomimo znacznej przewagi w zabójstwach, ilość złota nadal wskazywała na przewagę Koreańczyków.

Z czasem wyższość SSG klarowała się coraz bardziej i w obliczu wyborów środkowej i późnej fazy gry, coraz mocniej również odznaczała się różnica między poziomem obu tych drużyn. Oczywiście nadal mamy mnóstwo powodów do dumy. H2k doszło tak daleko nie ze względu na szczęście czy przypadek, a jedynie swoją ciężką pracę i to widać nie tylko w rezultatach samych spotkań, ale również w procesie obserwacji ich gry. Opanowanie wczesnej fazy gry to oczywiście jedynie połowa sukcesu, jednak do perfekcji w tym aspekcie gry reprezentantom Europy jest już zdecydowanie bliżej, niż dalej. Dużo pracy pozostaje nadal w kwestii rozwinięcia gier po uzyskaniu początkowej przewagi oraz wracania do gier, w których taką przewagę już raz się utraciło. Idealnie obrazuje to próba zabicia Nashora podjęta przez H2k jeszcze w pierwszej grze.

Druga gra przebiegła stosunkowo podobnie do pierwszego starcia. H2k postanowiło w procesie banowania wyeliminować postacie, które sprawiły im kłopot w pierwszym starciu. Crowna pozbawili jednego z jego najmocniejszych bohaterów, czyli Viktora. Zablokowali również Miss Fortune, która w tej serii, tak jak w starciu SKT i ROX, miała również neutralizować niszczycielską siłę Zyry. Na nieszczęście Vandera i spółki, Koreańczycy równie dobrze odnaleźli się niestety również na nowych bohaterach. W wyniku takich banów, Ruler dostał Jhina, na którym sprawdzał się wręcz rewelacyjnie, a Zyrę, na którą MF miała być swoistą kontrą, Vanderowi podkradł CoreJJ. Nawet król pierwszej krwi Jankos nie zdołał pomóc świetnie rozgrywając mecz Lee Sinem. Każdy, nawet najmniejszy błąd H2k był bezlitośnie wykorzystywany przez przeciwników. Zwieńczeniem tego obrazu był trzeci i ostatni mecz serii, który nie pozostawił wątpliwości na temat tego, który zespół bardziej zasłużył na miejsce w finale. Przybitym pierwszymi porażkami zawodnikom H2k brakowało już nie tylko pomysłu na grę, ale również dynamiki i agresji, które zazwyczaj stawiały zespół w dobrej sytuacji we wczesnej fazie gry.

“Gap is closing”

H2k at Worlds 2016

Po pierwszym tygodniu fazy grupowej w mediach społecznościowych i w grupach zrzeszających fanów esportu przebrzmiewały głosy, jakoby w tym roku różnica między regionami znacznie się zacierała. Świetnie radzące sobie na początku drużyny z NA LCS zdawały się mieć wystarczająco potencjału i samozaparcia, by móc ugryźć choć kawałek tortu tak usilnie bronionego przez lata przez drużyny chińskie i koreańskie. Drugi tydzień grup przyniósł jednak sporo niespodziewanych wyników, a niemal całkowicie wyeliminowana z turnieju Europa i Stany Zjednoczone po raz kolejny wróciły do szeregu, zdawałoby się, chłopców do bicia. Postawione jednak na samym początku turnieju stwierdzenie pozostało w pamięci fanów i choć często jest teraz traktowane w prześmiewczy sposób, może mieć więcej z prawdy, niż można by przypuszczać.

Jak oceniacie drogę H2k do półfinałów i ich występ przeciwko Samsung Galaxy?
Uważacie, że granica między poziomem zespołów ze wschodu i zachodu faktycznie powoli się zaciera?
Koniecznie dajcie znać w komentarzach poniżej!