Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
LCS

Przez import do zwycięstwa, czyli kilka słów na temat migracji pomiędzy regionami

Amerykański LCS zmienia się w połączenie koreańskich, europejskich i chińskich rozgrywek, w chińskim LPL coraz większą rolę odgrywają zawodnicy z Korei, na zapleczach rozgrywek również widzimy coraz więcej graczy spoza rodzimych regionów. Dlaczego tak się dzieje i czemu powinniśmy uważać na to jak ewoluuje ten proces?

Jesień 2013 roku. Profesjonalną sceną wstrząsa wiadomość o spektakularnym transferze jednego z najlepszych europejskich supportów, Edwarda „Edwarda” Abgaryana, który decyduje się zamienić Gambit Gaming na amerykański Team Curse, opuszczając EU LCS na rzecz jego odpowiednika zza Oceanu. Teraz nie byłoby w tym nic dziwnego, ale wtedy  nikt nie wyobrażał sobie takich przenosin. To właśnie Edward był pionierem transferów pomiędzy regionami.

Ameryka – kontynent wielkich możliwości

Piglet występuje w NA LCS już od ponad roku.

Piglet występuje w NA LCS już od ponad roku.

Armeński zawodnik spędził w Ameryce tylko jeden split, ale pomimo to na zawsze zapisał się w annałach historii. Ameryka natomiast jako pierwszy z regionów zaczęła stosować nie do końca naturalne metody poprawy poziomu, na którym stoi region za pomocą importu zagranicznych graczy. Za armeńskim wspierającym za Ocean podążyli inni europejscy zawodnicy – Soren „Bjergsen” Bjerg, Marcel „Dexter” Feldkamp czy  gracze znani z występów w CLG.EU  Stephen „Snoopeh” Ellis, Peter „Yellowpete” Wüppen i Mitch „Krepo” Voorspoels. Szansę na pieniądze i sławę zwietrzyli również azjatyccy gracze, którzy nie zawsze odnajdywali się w swoich regionach – co prawda pierwsza próba Koreańczyków z Quantic Gaming zakończyła się spektakularną katastrofą, ale już Chińczycy z LMQ poradzili sobie wyśmienicie – dzięki doskonałym występom udało im się nawet pojechać na Mistrzostwa Świata sezonu 4.  Od tej pory z każdym splitem w NA LCS przybywa obcokrajowców – zdarzają się zarówno transfery bardzo udane jak ściągnięcie do Ameryki byłych mistrzów świata z SKT, czyli strzelca Chae „Pigleta” Gwang-jina i top-lanera Junga „Impacta” Eon-yeonga, ale dość często widzimy jednak zupełne transferowe niewypały, a w tych kategoriach należy rozpatrywać chociażby trio Avalon-Paragon-Imagine, które mogliśmy oglądać nie tak dawno w barwach Winterfox.

Nadal Ameryka czy już Korea?

Dzisiaj amerykańskie drużyny na masową skalę ściągają zawodników zarówno z Europy, jak i z Korei oraz z Chin. Tworzy to dość niebezpieczne zjawisko, bowiem imigrantów jest obecnie w NA LCS niemal tyle samo co rodzimych graczy – w stawce znajduje się 14 Azjatów, 10 Europejczyków i zaledwie 26 obywateli krajów obu Ameryk. Proceder importowania pełnych drużyn z innych regionów skutecznie ukrócił co prawda przepis o posiadaniu co najmniej trzech stałych amerykańskich rezydentów, ale nie tak rzadko zespoły korzystają z okazji do obejścia tych przepisów – przykładem jest duński mid-laner Soren „Bjergsen” Bjerg, który traktowany jest na niemalże równych prawach do rodzimych graczy, bowiem mieszka w Ameryce od ponad dwóch lat. To pozwala Teamowi SoloMid na posiadanie w swoim składzie trzech Europejczyków. Jednocześnie w NA LCS nie ma ani jednej ekipy złożonej wyłącznie z amerykańskich graczy. Co ciekawe, zatrudnianie zagranicznych graczy nie przekłada się zbytnio na wyniki na arenie międzynarodowej, bowiem oprócz zwycięstwa w finale IEM w Katowicach w 2015 roku, gdzie triumfował TSM, próżno szukać dobrych rezultatów amerykańskich formacji w interregionalnych turniejach. Wielkim zawodem były przede wszystkim ostatnie Mistrzostwa Świata, gdzie żadna z drużyn zza Oceanu nie potrafiła przebrnąć fazy grupowej.

Gwiazdy z przeceny

Nieco inaczej do tematu migracji podeszła Europa, która okazała się bardziej konserwatywna, jeśli chodzi o importowanie graczy. Bardzo interesującym zjawiskiem jest przede wszystkim fakt, że zawodnicy ze Starego Kontynentu dość chętnie wyjeżdżają do Ameryki, natomiast gracze z NA LCS nie wędrują w drugą stronę. Wynika to przede wszystkim ze względów ekonomicznych, bowiem kierunek amerykański jest znacznie bardziej atrakcyjny pod względem płac, więc rodzimym zawodnikom po prostu nie opłaca się opuszczać ojczyzny. Jednocześnie Europie nie udało się uniknąć korzystania z koreańskiego zaciągu, ale skala tego zjawiska jest na Starym Kontynencie nieporównywalnie mniejsza niż za Oceanem – w EU LCS występuje obecnie tylko pięciu azjatyckich graczy i zazwyczaj pełnią oni ważne role w swoich drużynach. I rzeczywiście unikanie zatrudniania graczy z innych regionów nie miałoby sensu, ale jeśli już wybierać to takich zawodników, którzy rzeczywiście podnoszą poziom rozgrywek – takich, którzy sprawdzili się już w innej poważnej lidze jak na przykład Yoo „Ryu” Sang-ook, albo też dysponują odpowiednim talentem, by zaistnieć na scenie – tutaj doskonałym przykładem byłby Heo „Huni” Seung-hoon, który przed dołączeniem do Fnatic dysponował bardzo niewielkim doświadczeniem w grze na profesjonalnym poziomie. Słuszności takiego podejścia dowodzą ostatnie Mistrzostwa Świata, gdzie aż dwa zespoły ze Starego Kontynentu potrafiły dotrzeć do półfinału turnieju. 

Huni i Reignover po bardzo udanym sezonie w barwach Fnatic przenieśli się do Ameryki.

Huni i Reignover po bardzo udanym sezonie w barwach Fnatic przenieśli się do Ameryki.

Bardzo niekorzystnym zjawiskiem jest natomiast wykupywanie wielu najlepszych i najbardziej doświadczonych graczy EU LCS przez formacje z Ameryki, bowiem młodzi, utalentowani zawodnicy tracą autorytety, od których mogą się uczyć, a degradacji ulega także ogólny poziom rozgrywek, bowiem formacje i zawodnicy nie nadążają za zmianami. W efekcie widzimy w europejskich rozgrywkach sporą różnicę między drużynami z czołowej szóstki, a ekipami z dołu tabeli.

Inwazja na Zachód

Team Liquid jest ewenementem na amerykańskiej scenie, bowiem w tym splicie dał szansę aż trzem rodzimym zawodnikom.

Team Liquid jest ewenementem na amerykańskiej scenie, bowiem w tym splicie dał szansę aż trzem rodzimym zawodnikom.

Jak nietrudno zauważyć czymś, co łączy obydwie zachodnie ligi jest upodobanie do zatrudniania koreańskich zawodników. Nie tylko na Zachodzie zapanowała jednak moda na korzystanie z usług graczy z tego niewielkiego, azjatyckiego państwa. Koreańczyków bowiem możemy spotkać na całym świecie – zarówno w głównych regionach: w amerykańskich i europejskich rozgrywkach LCS, chińskim LPL czy południowo-wschodnio azjatyckim LMS, jak i w zmaganiach lig IWC – w brazylijskim CBLOL-u, japońskim LJL ,australijskim OPL-u,  a ostatnio także w tureckim TCL. To niesamowite, że Koreańczycy potrafią odnaleźć się w każdych warunkach i najczęściej pełnić w swoich zespołach wiodące role, a jednocześnie pozostają na czele międzynarodowej stawki jako region, bowiem w 2015 roku przedstawiciele LCK już trzeci raz z rzędu zdobyli tytuł mistrzów świata. Moda na ściąganie Azjatów jest więc łatwa do wyjaśnienia – zawsze chcesz uczyć się do najlepszych, a jeśli chodzi o granie w League of Legends, Koreańczycy nie mają sobie równych. Problem pojawia się wtedy, gdy drużyny nie zatrudniają zawodników z zagranicy dlatego, że są dobrzy, ale dlatego, że… są z zagranicy. Doskonałym przykładem jest tutaj chociażby występujący w tym czasie w NA Challenger Series Team Coast, który zakontraktował dwójkę Koreańczyków – mid-lanera Sang-kyuna „Ringera” Parka oraz dżunglera Yong-woo „Miracle’a” Yi tylko po to, by po dwóch tygodniach… się z nimi rozstać. To porusza jednak kolejny problem, a mianowicie zatrudnianie zawodników z zagranicy na zapleczu najważniejszych rozgrywek w nadziei na szybki awans do LCS. Obecnie w amerykańskim Challenger Series występuje aż dziewięciu graczy z Korei, a kolejnych dwóch możemy spotkać w europejskich rozgrywkach. Kłopot polega na tym, że w efekcie tego zjawiska nierzadko utalentowani, amerykańscy zawodnicy nie mają, gdzie szlifować swoich umiejętności i coraz rzadziej widzimy w zmaganiach za Oceanem nowe twarze – młodych zawodników, którzy dostają się do elitarnych zmagań. A to kolejny krok w kierunku zmiany NA LCS w połączenie EU LCS i LCK.

Koreańska rewolucja w Chinach

PawN i Deft doskonale poradzili sobie w Chinach i wygrali z EDG wiele trofeów.

PawN i Deft doskonale poradzili sobie w Chinach i wygrali z EDG wiele trofeów.

Jednak, jak już zostało wspomniane, Koreańczycy podbili nie tylko Amerykę. Równie dobrze, a może nawet lepiej ma się ich pozycja w Chinach. Co ciekawe, Chińczycy do pewnego czasu unikali zaciągu z sąsiedniego kraju, starając się zdominować międzynarodową scenę za pomocą rodzimych zawodników oraz trenerów. Kiedy jednak najpierw SK Telecom T1 K, a później Samsung White zwyciężyły w Mistrzostwach Świata odpowiednio sezonu 3 i 4, w finale nie pozostawiając swoim chińskim rywalom najmniejszych złudzeń, we włodarzach zespołów z Państwa Środka coś pękło. W LPL nadal obowiązywała zasada uniemożliwiają obcokrajowcom zdobycie przewagi liczebnej wśród uczestników – żadna drużyna nie mogła (i nadal nie może) posiadać więcej niż dwóch zagranicznych zawodników w podstawowej piątce, ale zasada ta została wykorzystana maksymalnie i większość zespołów przyjęła w swoje szeregi przepisowy duet Koreańczyków. Ta wielka migracja powodowana w dużej mierze względami ekonomicznymi pozbawiła koreańskie rozgrywki wielu znakomitych graczy, ale nie zabrała Korei miana najlepszego regionu. Tymczasem Chiny kontynuowały ściąganie koreańskich zawodników, którzy jednak radzili sobie w nowym środowisku bardzo różnie. Niektórzy odnajdowali się znakomicie jak chociażby Kim „Deft” Hyuk-kyu czy Heo „PawN” Won-seok, którzy zdominowali w pewnym czasie zmagania wraz z Edward Gaming, a inni całkowicie zawodzili oczekiwania jak chociażby Bae „dade” Eo-jin, który w czasie występów w Masters3 był cieniem samego siebie sprzed roku. Jednocześnie na obecną chwilę pozostała tylko jedna w pełni rodzima ekipa – OMG oparło się pokusie zatrudniania Koreańczyków, ale radzi sobie bardzo przeciętnie. Co ciekawe, pomimo że wydaje się, iż ogólny poziom LPL poprawił się, stanowisku temu przeczyłby fatalny występ chińskich drużyn na Mistrzostwach Świata…

 

Rozwój za wszelką cenę

Nie tylko jednak Ameryka i Chiny stały się „ofiarami” koreańskiej inwazji. Problem dotyczący tak zwanych regionów Dzikiej Karty jest jednak bardziej złożony. Do Brazylii, Japonii, Oceanii czy Turcji (gdzie sytuacja jest podobna, ale związana jest w głównej mierze z graczami europejskim, którzy nie potrafili dostać się do EU LCS i EU CS) trafiają zawodnicy zdecydowanie gorsi, nie legitymujący się większymi osiągnięciami, nie potrafiący załapać się do drużyn występujących w silnych, regionalnych ligach. Pomimo to nadal najczęściej są to gracze przewyższający poziomem rodzimych zawodników. Wnoszą oni do rozgrywek bardzo wiele dobrego – chodzi tutaj głównie o taktyczne podejście do gry przejawiające się chociażby w podejściu do konkretnych kompozycji czy bohaterów, sposobie ich budowania czy doświadczeniu w korzystaniu z najnowszych strategii. Trzeba bowiem pamiętać, że te mniejsze, niedawno powstałe regiony nadal się rozwijają i kontakt z podejściem stosowanym w silniejszych rozgrywkach pozwala na przyspieszenie tegoż rozwoju. Jednocześnie znów pojawia się oczywiście problem zabierania przez zagranicznych zawodników miejsca rodzimym graczom, ale jest to aspekt, którego nie sposób uniknąć. Jedynym sposobem na zmaksymalizowanie zalet i zminimalizowanie wad migracji jest właściwa selekcja graczy. Mogłoby się wydawać, że potrzebne jest także nieco bardziej rygorystyczne podejście do zagranicznych graczy na zapleczach rozgrywek, ale w praktyce jest to niemożliwe – dopóki ligi korzystają z systemu baraży byłoby to ograniczeniem szans formacji z niższych poziomów rozgrywkowych. Ponadto wszystko zweryfikuje praktyka – najbardziej utalentowani zawodnicy sobie poradzą, a pozostali zostaną zastąpieni nowymi – najlepiej widać to w regionach IWC, gdzie rotacja zagranicznych graczy jest ogromna. 

Po odejściu z GIANTS Rydle znalazł miejsce tureckim TCL.

Po odejściu z GIANTS Rydle znalazł miejsce tureckim TCL.

Nie tylko jednak Ameryka i Chiny stały się „ofiarami” koreańskiej inwazji. Problem dotyczący tak zwanych regionów Dzikiej Karty jest jednak bardziej złożony. Do Brazylii, Japonii, Oceanii czy Turcji (gdzie sytuacja jest podobna, ale związana jest w głównej mierze z graczami europejskim, którzy nie potrafili dostać się do EU LCS i EU CS) trafiają zawodnicy zdecydowanie gorsi, nie legitymujący się większymi osiągnięciami, nie potrafiący załapać się do drużyn występujących w silnych, regionalnych ligach. Pomimo to nadal najczęściej są to gracze przewyższający poziomem rodzimych zawodników. Wnoszą oni do rozgrywek bardzo wiele dobrego – chodzi tutaj głównie o taktyczne podejście do gry przejawiające się chociażby w podejściu do konkretnych kompozycji czy bohaterów, sposobie ich budowania czy doświadczeniu w korzystaniu z najnowszych strategii. Trzeba bowiem pamiętać, że te mniejsze, niedawno powstałe regiony nadal się rozwijają i kontakt z podejściem stosowanym w silniejszych rozgrywkach pozwala na przyspieszenie tegoż rozwoju. Jednocześnie znów pojawia się oczywiście problem zabierania przez zagranicznych zawodników miejsca rodzimym graczom, ale jest to aspekt, którego nie sposób uniknąć. Jedynym sposobem na zmaksymalizowanie zalet i zminimalizowanie wad migracji jest właściwa selekcja graczy. Mogłoby się wydawać, że potrzebne jest także nieco bardziej rygorystyczne podejście do zagranicznych graczy na zapleczach rozgrywek, ale w praktyce jest to niemożliwe – dopóki ligi korzystają z systemu baraży byłoby to ograniczeniem szans formacji z niższych poziomów rozgrywkowych. Ponadto wszystko zweryfikuje praktyka – najbardziej utalentowani zawodnicy sobie poradzą, a pozostali zostaną zastąpieni nowymi – najlepiej widać to w regionach IWC, gdzie rotacja zagranicznych graczy jest ogromna. 

A że League of Legends dąży raczej w kierunku kosmopolitycznym niż rywalizacji pomiędzy hermetycznie zamkniętymi regionami? Takie podejście ma swoje plusy i minusy, ale tych pierwszych zdaje się być zdecydowanie więcej, a e-sport rozwija się dzięki temu znacznie dynamiczniej.