Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
Team Kinguin promo photo
LCS

Team Kinguin nową polską nadzieją w EU CS

Na w pełni polski skład w Challenger Series musieliśmy czekać aż od 2015 roku. Czy stworzone niedawno Team Kinguin będzie w stanie powtórzyć sukces legendarnych KMT i ROCCAT?

Team Kinguin i ich udział w nadchodzącym Challenger Series jest wyjątkowy z wielu powodów. Przez drogę jaką przebyli, kontrowersje oraz problemy jakich musieli być świadkami podczas tego procesu oraz ślad jaki pozostawiają na polskiej scenie. Problemy polskich drużyn sięgają kilku lat wstecz, jednak z perspektywy ostatnich zdarzeń zdecydowanie warto się z nimi zapoznać.

Karta historii

Roccat @Gamescom 2014

Polski skład ROCCAT podczas rozgrywek Gamescom w 2014 roku

Na poważne ruchy rodzimego podwórka e-sportowego wszyscy musieliśmy czekać stosunkowo długo. Aby w pełni docenić i dostrzec ogrom pozytywnego wpływu, jaki niesie ze sobą powstanie dywizji League of Legends w Team Kinguin, należałoby cofnąć się aż do czasów sezonu trzeciego. To mniej więcej wtedy, w 2013 roku, formowała się jedna z pierwszych znaczących i w pełni polskich drużyn, które wyniosły lokalne marzenia na arenę międzynarodową. Funkcjonujące na scenie już wcześniej MYM miało co prawda swoje dobre momenty nawet przed startem pierwszego sezonu LCS, jednak trudno doszukiwać się wśród ich osiągnięć sukcesów mających tak długofalowe efekty na scenie, jak miało i nadal ma to miejsce w przypadku graczy byłego KMT. Kiedyś Miałem Team przez lata przechodziło przez najróżniejsze fazy. Przez skład przewijały się zwykłe wtedy i wielkie dziś nazwiska graczy takich jak Mateusz „Kikis” Szkudlarek, jednak przez długi czas i te wzmocnienia nie przynosiły upragnionego rezultatu. Prawdziwego przełomu fani rodzimego e-sportu doczekali się dopiero na przełomie roku 2013 i 2014. To wtedy prawdziwą niespodziankę zafundował scenie ostatni stabilny trzon KMT przed przeobrażeniem w ROCCAT. To właśnie w ich barwach Marcin „Jankos” Jankowski, będący teraz jednym z najlepszych dżunglerów w LCS, stawiał swoje pierwsze kroki w tej lidze. Konsekwencje tamtych wydarzeń doprowadziły do wyjątkowego sezonu już w 2014 roku. Wykupione przez ROCCAT KMT zasiliło pulę najlepszych drużyn Europy, a wraz z pozostałymi graczami, takimi jak Sebastian „NiQ” Robak czy Marcin „SELFIE” Wolski, nowa drużyna Jankosa stworzyła największą, narodową siłę w LCS. Polaków w najlepszych rozgrywkach Starego Kontynentu było wtedy aż dziewięciu i nikt nie miał wątpliwości, że Polska dysponuje ogromną pulą młodych talentów.

Gliniane nogi

Od tamtego pamiętnego sezonu minęło już jednak sporo czasu i niestety tendencja dominująca naszych rodaków znacząco zanikła. Przez lata wielu utalentowanych graczy miotało się po kolejnych składach. Na przestrzeni miesięcy powstawały kolejne polskie inicjatywy, mające każdorazowo zdziałać na scenie coraz więcej. Tak szybko jak jednak powstawały, tak szybko również ginęły. Lokalne sukcesy i zwycięstwa w pomniejszych turniejach szybko niweczone były, gdy kolejne, jakby przypadkowo, zestawione ze sobą drużyny rozgniatano na europejskim szczeblu kwalifikacji do Challenger Series lub w samym CS. Nadal nie było wątpliwości, że Polska scena jest godna uwagi, bo na miejscu jednego zniechęconego inwestora szybko wyrastał kolejny. Składy takie jak Team Rock rozpadały się, ich elementy rotowały wokół nowych, bezkształtnych projektów, by w końcu osiąść w lokalnych i zagranicznych inicjatywach pokroju drużyn Overclockers UK czy llluminar Honor Gaming. Od każdej z tych drużyn oczekiwano wiele. Stopniowo w zasadzie coraz więcej, bo wraz z kolejnymi inwestorami, przychodziły również nowe obietnice, a tuż za nimi, zwielokrotnione oczekiwania fanów. Każdorazowo wnioski można by jednak zamknąć w jednym, prostym stwierdzeniu - drużyny te były wystarczająco mocne, by całkowicie dominować lokalną scenę i niewystarczająco silne, by zdziałać cokolwiek w Europie.

Czas mijał, a od ścian kwalifikacji do Challenger Series odbijały się kolejne polskie marzenia. W wiosennych kwalifikacjach gorsze od Huma okazało się Illuminar Honor Gaming. Niedługo później, bo w kolejnym splicie tych samych rozgrywek odpadł skład Szef+6. Niewiele zdawało się wskazywać na to, aby polska scena miała doznać przebudzenia czy odrodzenia. Jakkolwiek by tego nie nazwać, wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały długotrwałą stagnację. Niepokojący trend jednocześnie rosnącego ego i malejącego zaangażowania wśród polskich graczy powoli przeżerał scenę od środka. Wiele zmieniło się jednak we wrześniu poprzedniego roku.

Drugi oddech

SuperMassive @ MSI 2016

Hatchy jeszcze jako trener SuperMassive na MSI 2016

W międzysezonowej przerwie i tuż przed rozpoczęciem najważniejszych rozgrywek roku, czyli Mistrzostwami Świata, na polskiej scenie pojawiła się nowa twarz. Adrian „Hatchy” Widera znany wtedy jedynie nielicznym, najbardziej zagorzałym fanom e-sportu, szybko przebił się do głównego nurtu mediów społecznościowych zorientowanych wokół League of Legends. Chociaż jego kariera rozpoczęła się dużo wcześniej, szerszej publice mógł kojarzyć się przede wszystkim jako trener tureckiego SuperMassive, które jako najlepszy zespół regionów Dzikiej Karty, zakwalifikował się do udziału w ostatniej edycji Mid-Season Invitational. Rozgłos wśród polskich mediów zaczął on jednak zyskiwać przede wszystkim dzięki śmiałym tezom i zapewnieniom. W obliczu beznadziejnej sytuacji polskiego e-sportu trafnie punktował braki w infrastrukturze oraz podejściu do kreowania oraz prowadzenia tutejszych drużyn. Równolegle podjął również decyzję o stworzeniu nowej, polskiej drużyny mającej czerpać garściami z dobrych praktyk i doświadczenia nabytego w tureckiej lidze. Kontrowersyjne stwierdzenia, gorzkie słowa wobec reprezentantów sceny oraz ociekające niemal przesadną pewnością siebie zapewnienia zwróciły oczy i uszy polskich fanów ku jego działaniom.

Hatchy and Supermassive at IEM 2016

Hatchy okrywający Locketem Stomaged z SuperMassive przed ogromnym ulti Ekko na MSI 2016

W przeciągu zaledwie paru tygodni projekt zbudował wokół siebie wielką, medialną otoczkę. W bańce zainteresowania nową drużyną Hatchy’ego siedziały serwisy internetowe zajmujące się e-sportem oraz wszyscy ich czytelnicy. Na kolejny poziom wyniesiono również kontakt w mediach społecznościowych, bo fani polskiego trenera nieprzerwanie zapraszani byli do udziału w dyskusjach, transmisjach na żywo czy nawet analizach odbywających się wtedy profesjonalnych rozgrywek. W niedługim czasie do czynnego udziału w projekcie zobowiązała się większość dotychczas niechlujnie zorganizowanych półprofesjonalnych polskich graczy. Na przestrzeni kolejnych tygodni, krok po kroku kreowała się nowa forma lokalnej, e-sportowej sceny Ligi. Hatchy z uwagą dobierał kolejnych kandydatów. Odsuwał najsłabsze ogniwa i niepasujące elementy, a fani, wstrzymując oddech, przyglądali się wtedy jeszcze bezkształtnej masie, mającej przeistoczyć się w e-sportowy twór, na nieznanym tu dotychczas poziomie.

Kłody i wyboje

Dobrej historii nie można by jednak taką nazwać, gdyby nie zawierała absolutnie żadnych zwrotów akcji czy zawiłości. Zainteresowanie projektem rosło, jednak wraz z upływem czasu, pojawiało się również więcej różnego rodzaju problemów. Najpierw zagrożony okazał się być udział jednej z jaśniejszych postaci wybranych składów, czyli Wojciecha „Tabasko” Kruzy. Na profilu FB trenera pojawił się wpis o wymuszonej i nieokreślonej czasowo przerwie od gry, co zaniepokoiło fanów utalentowanego dżunglera. Problem tego osłabienia szybko znalazł rozwiązanie i Wojciech wrócił do regularnego trybu gry w tzw. try-outach, czyli serii gier w wymieszanych składach, mającej wyłonić najmocniejsze jednostki spośród wszystkich uczestników przedsięwzięcia. Na tym się jednak nie skończyło. Niedługo później Hatchy ogłosił oficjalnie na swoim profilu, że dwa składy, czyli starannie wyselekcjonowane piątki graczy, pozostaną z nim w bliskim kontakcie i to właśnie nim poświęci czas jako trener. Obie drużyny od początku zaczęto kojarzyć z wysokimi wymaganiami. Pierwszym dużym testem ich umiejętności oraz zgrania miał stać się duży, lanowy turniej organizowany w Polsce, czyli GeForce Cup. Uczestnictwo drużyn takich jak Schalke 04 stało się wodą na młyn dla sceptyków projektu Hatchy’ego, a fanów uderzyło uczucie deja vu, gdy druga z piątek, znana jako Team #2, odpadła podczas kwalifikacji do rozgrywek Nvidii. Kolejne wyboje na ambitnej drodze polskiego trenera zbyt często przypominały o równie nierównej drodze innych polskich drużyn i podobnych aspiracjach z przeszłości. Projekt potrzebował drugiego oddechu i orzeźwienia formatu. Lekarstwem na tymczasowe dolegliwości okazał się udział Teamu #1 w GeForce Cup.

Numer jeden

IceBeasto of Team Kinguin

IceBeasto okazał się jednym z największych objawień i pozytywnych zaskoczeń projektu Hatchy'ego. Źródło: teamkinguin.com

Pierwszym gwoździem do trumien niedowiarków stało się starcie drużyny Hatchy’ego i zaproszonego do udziału w imprezie Schalke 04. Niemiecki uczestnik LCS z poprzedniego sezonu był jednym z głównych faworytów do zwycięstwa w całym turnieju, dlatego tym bardziej ekscytująca okazała się wygrana Polaków. S04, wspierane przez nazwiska takie jak Etienne „Steve” Michels, nie oddało swojego udziału bez walki. Stosunkowo bliskie gry trwały długo i do samego końca trudno było wytypować zwycięzcę. To tu po raz pierwszy w historii drużyny mogliśmy jednak zaobserwować różnicę, jaką jest w stanie stworzyć odpowiednio przygotowany i ukierunkowany świeży talent o hip-hopowej aparycji. Gracz górnej alei, młody Marcin „IceBeasto” Lebuda, a właściwie jego odblokowany potencjał pchał go raz za razem do coraz bardziej śmiałych, ale i skutecznych decyzji. Górny Teamu #1 nie bał się podejmować solowych walk, a jego wspaniałe i niezwykle zaskakujące Teleporty były jednym z głównych czynników pchających drużynę do przodu w momentach niepewności i zastojach. Podczas serii niezwykle równy poziom prezentował również Wojciech „Tabasko” Kruza. Dwukrotnie na wybranym przez niego Nunu niezwykle skutecznie wspierał swoją drużynę, popełniając jednocześnie stosunkowo niewiele błędów. Doświadczony na polskiej scenie dżungler po raz kolejny pokazał, że niezależnie od drużyny w jakiej się znajduje, za każdym razem jest w stanie zaprezentować się z dobrej strony i dołożyć swoją jakże ważną cegiełkę do zwycięstwa.

Kolejne wygrane w turnieju przyszły drużynie Hatchy’ego zdecydowanie łatwiej. Po wyeliminowaniu faworytów turnieju przyszedł czas na postawienie do pionu rumuńskiego Nexus Gaming. Tym razem w serii niezwykle dobrze poradzili sobie Środkowy oraz Strzelec drużyny. Kolejno Sebastian „Sebekx” Smejkal oraz Paweł „Woolite” Pruski udowadniali, że zasłużyli na miejsce w drużynie, a dzięki efektywnej współpracy, którą zdołali wypracować w niedługim czasie, na ich zagrania patrzyło się z prawdziwą przyjemnością. Drugiego z wymienionych zawodników nie trzeba co prawda przedstawiać, jednak wyjątkowo cieszy w tym wypadku fakt, że nawet po tak wielu zmianach drużyn, jeden z najbardziej doświadczonych polskich profesjonalnych Strzelców, nadal jest w stanie grać na wysokim, europejskim poziomie. Całość wybranej przez Hatchy’ego stawki zamyka Paweł „Delord” Szabla, czyli wspierający o wielkim, lokalnym doświadczeniu. Jako uczestnik mnóstwa turniejów organizowanych na rodzimym podwórku oraz członek największych polskich projektów ostatnich lat, Paweł zdawał się być idealnym wzmocnieniem dla składu takiego jak „jedynka” Hatchy’ego. Równymi, solidnymi występami na GeForce Cup zdołał to jedynie potwierdzić, a cały skład, zdobywając 7 tysięcy dolarów za pierwsze miejsce w turnieju, chociaż na jakiś czas zdołał zamknąć usta sceptykom i niedowiarkom.

Pingwin na ratunek

Team Kinguin aka Team #1 at GeForce Cup

Team Kinguin jeszcze jako Team #1 i zwycięzca GeForce Cup!

Naprawdę solidny występ chłopaków z Team #1 zdawał się pchać fanów w objęcia nowej nadziei. Nadchodzące wielkimi krokami kwalifikacje do Challenger Series stanęły jednak po raz kolejny pod znakiem zapytania, tym razem ze względu nie na grę polskiej drużyny, ale sprawy organizacyjne. Zasadniczym problemem stały się przede wszystkim pieniądze. Aby projekt Hatchy’ego, już po odrzuceniu składu numer 2, mógł nadal funkcjonować i rozwijać się zgodnie z przewidywaniami, całość potrzebowała odpowiedniego finansowania. Od graczy, analityków czy samego trenera oczekiwało się oczywiście pełnego zaangażowania. Fani pokładali ogromne nadzieje w sukcesie chłopaków, którego osiągnięcie bez pewnych wyrzeczeń oraz poświęcenia czasu, prawdopodobnie nigdy by się nie udało. Na tego typu ryzyko zdecydował się nie stawiać Strzelec drużyny, czyli Paweł „Woolite” Pruski. Wciąż bardzo niepewna przyszłość drużyny Hatchy’ego oraz nieubłaganie uciekający czas zmusił go do podjęcia decyzji, o przyjęciu oferty jednej z hiszpańskich drużyn. ThunderX3 Baskonia przyjęła polskiego zawodnika pod swoje skrzydła, pozostawiając trudną do uzupełnienia lukę w polskim projekcie.

To wydarzenie uruchomiło w polskich mediach społecznościowych oraz prasie e-sportowej prawdziwą burzę spekulacji. Pod znakiem zapytania stanęła cała przyszłość drużyny. Sprawdzani wcześniej zawodnicy, którzy mogliby się nadawać do składu, znaleźli swoje miejsca już w innych drużynach, dlatego ciężko byłoby ich sprowadzić z powrotem do projektu kierowanego przez Hatchy’ego. Problematyczne okazało się również odnalezienie kandydata, który dałby radę zagrać na poziomie przynajmniej porównywalnym do Woolite’a i który tak jak on, szybko dogadałby się z resztą drużyny. Ambitne przedsięwzięcie zamarło na jakiś czas, choć wśród fanów nie milkła dyskusja na temat tego co dalej. Kto będzie nowym strzelcem? Czy będzie on Polakiem? Czy drużyna bez Woolite’a w ogóle kontynuuje działalność? Kto, o ile w ogóle, zdecyduje się zainwestować w projekt polskiego, pewnego siebie trenera i pod jaką nazwą przyjdzie im grać, o ile to nastąpi? Przez długi czas przyszłość Teamu #1 łączono bezpośrednio z warszawską Legią. Uznany, polski klub sportowy coraz śmielej wychodził w tamtym czasie w świat e-sportu i wręcz oczywistym było dla niektórych połączenie tych dwóch inicjatyw w jedną całość. Długie dni czy tygodnie milczenia przerwało jednak ogłoszenie, które mimo wszystko okazało się być całkiem sporym zaskoczeniem. Zawodnicy oraz kadra trenerska zdecydowała się podpisać umowy z Kinguin, formując tym samym pierwszą dywizję League of Legends tego inwestora i, już oficjalnie, Team Kinguin. W obliczu zupełnie nowych możliwości do drużyny zdecydował się wrócić również Woolite, a niedawni pogromcy GeForce Cup, w takim samym składzie, rozpoczęli zupełnie nowy rozdział w drodze do nowego, e-sportowego jutra.

Forming of Team Kinguin

źródło: Facebook.com/TeamKinguin

Reprezentanci spod loga królewskiego pingwina zyskali nowe możliwości, a ich potencjał został jednorazowo opakowany w doświadczenie organizacji, która mogła się już pochwalić sukcesami w innych dziedzinach e-sportu. Zawodnicy Team Kinguin otrzymali odpowiednie finansowanie, miejsce do treningów oraz wszystkie udogodnienia, o jakich mogłaby myśleć profesjonalna drużyna. Innymi słowy – TK stało się profesjonalną drużyną z wielkimi aspiracjami do awansu i udziału w nadchodzącym wielkimi krokami Challenger Series. Przygotowania pełną parą ruszyły, gdy tylko nowe nabytki organizacji osiadły w warszawskiej siedzibie. W mediach społecznościowych tysiące fanów mogło oglądać przygotowania Polaków, analizy gry ich przeciwników oraz przewidywania dotyczące kolejnych faz kwalifikacji do CS. W samym turnieju, choć nie obyło się bez potknięć i małych organizacyjnych kontrowersji, Polacy pokazali, że są w stanie grać na poziomie z absolutnie każdym przeciwnikiem. Ostatecznie sceptykom zamykając usta w ostatniej serii gier na NERV, kiedy doskonałe przygotowanie taktyczne oraz analityczne wzięły górę nad pewną losowością pojedynczych potyczek w fazach grupowych.

Solidny fundament

Team Kinguin group photo

źródło: Facebook.com/TeamKinguin

Sukces TK doprowadził nas do tego momentu, czyli startu najbardziej prestiżowych, tuż po LCS, rozgrywkach w League of Legends na Starym Kontynencie. To na przestrzeni kolejnych tygodni i miesięcy okaże się jak dobrym pomysłem było założenie przez Hatchy’ego Teamu #1 oraz ile, o ile w ogóle, brakuje pełnemu polskiemu składowi do awansu do prestiżowego LCS. Nie ulega jednak wątpliwości, że niezależnie od nadchodzących wyników, obecność Team Kinguin na polskiej scenie to powiew świeżości. W przeciągu zaledwie kilku miesięcy zupełnie wywrócono do góry nogami postrzeganie e-sportu w najprostszych, chociaż nieobecnych lokalnie aspektach. Trzon polskiej sceny nagle zaczął istnieć w mediach społecznościowych, brać udział w dyskusjach na Twitterze czy Facebooku, a kontakt z fanami, przez co również ich baza, drastycznie zyskały na jakości. Podjęto współpracę z nowymi, domorosłymi analitykami oraz trenerami. Wszystkich, łącznie z graczami, ukierunkowując w stronę solidnego i świadomego rozwoju. W przygotowaniu jest również projekt akademii drużyny, który ma za zadanie zająć się najmłodszymi talentami i rozsądnym kreowaniem ich tożsamości zarówno jako przyszłych profesjonalnych graczy, jak i ludzi poza grą. Chociaż efekty tych działań nie będą widoczne od razu, na naszych oczach buduje się nowa przyszłość bardziej świadomych, być może bardziej pokornych oraz lepiej przygotowanych polskich profesjonalistów, którzy już za kilka lat dostaną szansę na zdominowanie tego branżowego świata. Już na tak wczesnym etapie mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że współpraca Hatchy’ego i TK, to najlepsze, co spotkało polski e-sport w League of Legends od czasu awansu do LCS Jankosa i Vandera.

Ostatnie miesiące były szczególnie łaskawe dla polskiego e-sportu i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że rozpoczęty teraz trend rozwojowy tej branży w Polsce nie przestanie się liczyć. Już w najbliższą niedzielę na Rifcie spotka się aż 7 Polaków. W inauguracyjnym spotkaniu Challenger Series będziecie mogli zobaczyć starcie Teamu Kinguin z Schalke 04, tym razem zasilonym przez Oskara „Vander” Bogdana oraz Marcina „SELFIE” Wolskiego. Nie przegapcie startu już 5 lutego o 15:00!

Koniecznie dajcie znać kto według was zwycięży w nadchodzącym spotkaniu?
Komu bardziej kibicujecie i jak zapatrujecie się na przyszłość polskiego e-sportu oraz udział jaki ma w tym niedawno powstały Team Kinguin?