Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
LEC

Jankos w końcu królem

Na głowie tego zawodnika widywaliśmy już różne korony. Był okrzyknięty królem pierwszej krwi i królem dżungli, najlepszym polskim zawodnikiem Ligi, ale nigdy wcześniej nie udało mu się przywdziać korony europejskiego mistrza. Do teraz…

Drogę, którą przebył Jankos, przebyliśmy poniekąd wszyscy razem z nim. Odkąd tylko pojawił się na radarze łowców talentów w 2013 roku, jego kariera była na ustach polskiego e-sportowego świata. Wtedy jeszcze jako młodzik — zgodnie z ówczesnym, jak i współczesnym znaczeniem tego słowa w branży, nieśmiało wyściubiał nos zza szczebli rankingowej drabinki. Jego indywidualne zdolności wypychały go przed szereg już przed pięcioma laty, choć z perspektywy czasu było to również jego przekleństwo. Olbrzymie zaangażowanie i talent stanowiły za fundament kariery, którą po raz pierwszy na poważnie zawiązał w składzie Kiedyś Miałem Team. Wstępnie przeszkolony wcześniej w boju w barwach organizacji takich jak H2K, trafił wreszcie do drużyny, która stała się wyznacznikiem punktu kontrolnego dla całych pokoleń graczy. U boku znajomych, z którymi odnalazł synergię, wszedł na salony. W jednakowych czarnych t-shirtach, bez upstrzeń i sponsorskich zobowiązań. Z luzem amatora, którego czeka wielka, gorzko-słodka kariera, której rozwoju chyba sam do końca nie mógł się spodziewać. Jankos przetarł szlak dla kolejnych tuzinów graczy, którzy poświęcili swój czas i wysiłek, by zmienić swoje życie. Jeździć na turnieje i wznosić puchary, nawet jeżeli ich idol nigdy nie zaznał tego przywileju.

jankos

Na przestrzeni kolejnych splitów umiejętności Jankosa krystalizowały się, a nazwisko coraz mocniej wkuwało się w świadomość ekspertów oraz fanów. Polak dał się poznać jako żądny sukcesu amator, ale niedługo później przeobraził całą swoją drużynę w pełni profesjonalny byt pod sztandarem ROCCAT. Złote czasy polskiego e-sportu identyfikujemy wciąż instynktownie z tamtym okresem, bo trudno byłoby znaleźć w Lidze drugą piątkę, której echa osiągnięć rozbrzmiewają tak donośnie aż do dziś. Gracze tamtej formacji nigdy nie trafili na szczyt. Trzecie miejsce w czasach świetności dominującego Alliance, a zdecydowanie częściej czwarte oraz dalsze lokaty. Polskie ROCCAT bez względu na nigdy nieosiągnięte mistrzostwo i tak zajęło bardzo szczególne miejsce w sercach fanów. Stało się bowiem symbolem świetności niegdyś bardzo zjednoczonej polskiej siły, ale i początku wielkich, wieloletnich karier. Od Veggiego, który wciąż stawia swoje kroki na trenerskim poletku, przez Vandera i Overpowa, którzy spełniają się w coraz to nowych rolach, aż po Jankosa. Osiągnięcia tego ostatniego zdecydowanie najbardziej oddziałują na naszą wyobraźnię, bo jego wielka ambicja pozostała niezaspokojona najdłużej.

jankos

Jankos przez całe sezony pozostawał w bardzo nieoczywistej, szarej strefie talentów, które ciężko zdefiniować. Z jednej strony dawał się poznać jako absolutny geniusz na gruncie ganków oraz rozwiązań wczesnej fazy gry. Był odważny i nie bał się konfrontacji, a jego śmiałe zagrania często otwierały drogę do zwycięstw. W pewnym tragicznym sensie był jednak wciąż zbyt mało wpływowy na przebieg kluczowych rozgrywek. Jankos przez lata tkwił w cieniu Diamondproxa, czyli legendarnego już dżunglera rosyjskich powerhouse'ów. Porównywany na gruncie dyspozycji na Rifcie czy inteligencji zagrań nie miał sobie nic do zarzucenia, ale wciąż brakowało mu wielkich zakończeń. Tam gdzie Jankos nie domagał — indywidualnie czy, zdecydowanie częściej, drużynowo, tam Diamondprox czuł się jak ryba w wodzie. Kolejne triumfy i międzynarodowe występy tworzyły historię dziedzictwa europejskiej dżungli. Złotymi zgłoskami zapisał się na ich kartach Trick, wspomniany wcześniej Diamondprox, a nawet Amazing. Jankos wciąż pozostawał elementem krajobrazu Ligi wprost ze Starego Kontynentu, ale nigdy wcześniej nie zdołał stanąć na pierwszym planie. Nie pomogły mu w tym występy w ROCCAT ani kariera w H2K. Jego rosnąca popularność w internetowych transmisjach ani nawet reprezentowanie Europy w wydarzeniach z serii All-Star. Jankos stał się w pewnym momencie odpowiednikiem Leo DiCaprio e-sportu. Coraz lepszy, wychwalany i uwielbiany przez publiczność, ale w pewnym sensie nadal niekompletny. Wybrakowany pod kątem drużynowych osiągnięć i mistrzostw. Świetnego zawodnika w pewnym momencie zaczęła definiować niemoc niespełnionej ambicji i nieosiągniętych celów. Jankos odszedł z H2K jako książę dżungli, choć jego celem zawsze był tron.

jankos

G2 miało zmienić wszystko. Nowa organizacja, nowe podejście do gry oraz przede wszystkim zupełnie inni partnerzy na Rifcie. Jankos dał się poznać jako świetny stymulant wielkich sukcesów. Sprawiał, że u jego boku błyszczeli Nukeduck, Ryu czy Febiven. Żadnemu z tych środkowych nie można odebrać wielkiego talentu, ale ich czas świetności nie nadszedł, gdy grali u boku Polaka. Ich wysiłek wystarczał na podium, a nawet udział w Mistrzostwach Świata — szczególnie za pamiętnych czasów duetu FORG1VEN-Vander. Nigdy jednak żaden z nich nie zdołał sięgnąć po złoto przy akompaniamencie polskiego leśnika. Cała sytuacja zaczęła nosić znamiona klątwy, gdy Jankos również w G2 nie był w stanie podnieść pucharu. Otoczony najwyższej klasy zawodnikami takimi jak Wunder czy Perkz w 2018 stawał do walki, dawał o sobie znać rywalom, ale w najbardziej decydujących starciach i tak upadał pod naporem ciosów. Jankos przez lata wypracował sobie osobistą markę, której powinien zazdrościć mu każdy dżungler w stawce LCS. Niesamowicie inteligentny w rozegraniach wczesnej fazy gry, znakomity ganker oraz świetna medialna osobowość. Przypisywano mu dziesiątki pochlebnych tytułów, a nieszczęśliwie wciąż definiował go brak jednego — tego najbardziej pożądanego i utraconego na zawsze. EU LCS skończyło się wraz z 2018 rokiem, a wraz z nim jakiekolwiek nadzieje na Jankosa w koronie największej europejskiej ligi.

jankos

Ta historia nie miałaby jednak prawa obronić się, gdyby nie wydarzenia ostatnich miesięcy. Jankos wreszcie bowiem doczekał się godnego wsparcia ze strony organizacji, którą zdecydował się reprezentować. W barwach G2 powołano superskład z Capsem i Perkzem jednocześnie w tej samej formacji. Świetne występy tych młodych zawodników stały się punktami zwrotnymi dla wielu gier ostatniego splitu, ale przy odpowiednio zgranym rosterze niezwykle jasno zaczął również błyszczeć Jankos. Utożsamiany wcześniej na zmianę ze zdobyczami pierwszej krwi oraz występami Tariciem, miał w tym splicie szansę, by pokazać swoją prawdziwą twarz.

Tę pełną wszechstronności, taktycznego zacięcia oraz wielkiej ambicji. Złośliwi mogliby zdyskredytować osiągnięcia Polaka zależnością od innych, wielkich europejskich nazwisk, ale ich ostrza nie zdołają sięgnąć daleko. Jankosowi zdarzało się zawodzić w najważniejszych spotkaniach w przeszłości, ale nigdy wcześniej nie miał szansy grać w tak dobrze spasowanym otoczeniu. Broxah, Trick czy nawet Diamondprox mieli szczęście grać u boku najlepszych graczy swojego pokolenia, a Jankos tego zaszczytu dostąpił dopiero teraz.

Po 9 splitach pozbawionych satysfakcjonującego zakończenia. Po tytułach, które piętrzyły się na półkach Polaka, a które nie miały żadnego fizycznego odzwierciedlenia. Jankos nigdy nie dostąpił okazji, by wznieść nad głowę puchar europejskiego LCS. Ta przyjemność bezpowrotnie minęła wraz z nowym obliczem ligi. Teraz jednak ma zupełnie nowe trofeum oraz kolejny cel. Sięgnął po pierwszy puchar LEC w historii, a przed nim na horyzoncie mieni się już szansa na kolejną statuetkę. Książę wreszcie dorósł. Zdetronizował Diamondproxa, usunął z pola widzenia wszystkich rywali i przywdział koronę króla europejskiej dżungli. Obserwowanie rozwoju kariery Jankosa było czystą przyjemnością i niezwykłym przywilejem. Wspólnie patrzyliśmy na jego wzloty i upadki, rosnącą popularność i gorzkie momenty niespodziewanych porażek. Pozostaje nam jednak życzyć zarówno sobie, jak i przede wszystkim Marcinowi, aby szczyt, który osiągnął w tym splicie, był jedynie kolejnym punktem kontrolnym. Niech mistrzostwo MSI będzie motywacją dla kolejnych pokoleń dżunglerów, którzy zechcą podążyć jego śladami.

jankos