Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
Mistrzostwa Świata

Król powrócił

Legendarny środkowy nie powiedział jeszcze ostatniego słowa! Faker jest tu znów i udowadnia, że plotki o jego końcu można włożyć między bajki.

Mistrzostwa Świata elektryzują i dostarczają rozrywki milionom entuzjastów Ligi przez ponad miesiąc. Masę emocji zapewniają starcia najlepszych na świecie drużyn, sporo ludzi znajduje frajdę w badaniu związanych z grami liczb. Jeszcze inni fani czują, że żyją, gdy wgapieni w ekrany swoich monitorów obgryzają paznokcie w obawie o wyniki swoich ulubieńców. Mało który element Mistrzostw stale łączy jednak tak wielu ludzi jak obecność nań wielkiego Fakera. Króla nie było z nami przed rokiem, a i wcześniej scena nie oszczędzała weterana, ale teraz, po kilku dniach zasadniczej fazy turnieju możemy to powiedzieć z pełnym przekonaniem — król powrócił.

Fanów koreańskiego powerhouse’u niezmiernie ucieszył już zapewne sam awans SKT do turnieju. Jak pamiętamy, było z tym różnie i koreańscy bogowie potrafili w przeszłości wygrać cały turniej tylko po to, by do jego następnej edycji nawet się nie zakwalifikować. Pod nieobecność trzykrotnych mistrzów sporą część sceny podporządkowały sobie ekipy z Chin czy Europy, a eksperci zaczęli się zastanawiać, czy era mitycznych, nadnaturalnie utalentowanych Koreańczyków dobiegła końca. Pierwsze miejsce SKT i zapewnienia samego Fakera zdawały się przeczyć tej tezie, a koreański mistrz nie zwykł rzucać słów na wiatr.

faker

Pierwsze potwierdzenie otrzymaliśmy jeszcze przed upływem drugiej minuty inauguracyjnego meczu. Mistrzostwa otworzyli SKT i FNC i taki szlagier zasługiwał na niecodzienny start, tempo, emocje. Grający po czerwonej stronie Koreańczycy przeprowadzili inwazję w dżungli naszych wicemistrzów, a pierwszą krew przelał, któż by inny? Sam Faker. Jako Tristana wskoczył na głowy Pomarańczowych, przeprowadzając skoordynowany i skuteczny atak na wciąż najjaśniejszą gwiazdę europejskiej formacji. Rekkles upadł pod gradem ciosów i naprawdę niewiele brakowało, by i Broxah poszedł w jego ślady. Koreańscy mistrzowie zaznaczyli tą akcją, że nie zamierzają wahać się przed rozgrywaniem Riftu pod swoje dyktando.

Fnatic słabo zaczęło, ale miało kilka momentów w późniejszej fazie gry. Kompozycja przygotowana zresztą pod ten scenariusz nie przetrwała jednak na tyle długo, by przynieść jej autorom oczekiwany zysk. Faker był natomiast świetny nie tylko w pierwszych minutach. Przez cały, ponad 30-minutowy mecz doskonale dogadywał się z obłędnie grającym Clidem. Obaj Koreańczycy dobrze uzupełniali się w walkach drużynowych i innych aktach precyzyjnej agresji, ale to legendarny środkowy zszedł z Riftu bez szwanku. 9/0/8 jako Tristana w pierwszym meczu turnieju. W meczu przeciwko mistrzom świata pierwszego sezonu i wicemistrzom ostatniego. To nie tylko zdobyty w grupie punkt. To wiadomość dla całej stawki Mistrzostw.

Świetny występ Fakera i zdobyty przez SKT punkt stały się dobrym zwiastunem powracającego do gry LCK, ale dopiero starcie z RNG drugiego dnia miało potwierdzić, czy słowa legendy to coś więcej aniżeli czcze obietnice. Obie drużyny wstąpiły na Rift ze zgoła innym nastawieniem niż w swoich pierwszych grach. Zawodnicy po obu stronach barykady uważnie przyglądali się krokom konkurencji, przez co aż przez blisko 8 minut w meczu nie przelano pierwszej krwi. Wynik otworzył wreszcie RNG w, jak się okazało, pełnej 5 na 5 walce drużynowej na dolnej alei. Rozpoczęło się od podwójnego ganku z Fakerem w roli głównej, a skończyło na wyrównanej jatce, z której każda z ekip wyszła z 3 zabójstwami.

Ognisty start dał początek naprawdę ciekawej grze, w której przez 40 minut nie wiadomo było, kto wygra. Największą przewagą w meczu dysponowało w okolicach 25. minuty SKT, ale ich przewaga w wysokości 4000 sztuk złota momentalnie stopniała pod wpływem popełnianych przez Koreańczyków błędów. Tym razem i Fakerowi kilka razy powinęła się noga, choć środkowy robił absolutnie wszystko, by nawet z przegranych starć nie wychodzić z poczuciem małego zwycięstwa.

Emocje dawały o sobie znać i było to widać nawet po tak doświadczonych, legendarnych wręcz zawodnikach. Uzi sięgał po potrójne zabójstwa i stawał na głowie, by obrócić losy spotkania na swoją korzyść, ale rywale Clid, Faker i Teddy nie zamierzali oddać punktu bez walki. Po upływie blisko 40 minut wiele wskazywało na to, że to jednak RNG zasmakuje kolejnego zwycięstwa. Chińczycy coraz bardziej zaciskali swoje dłonie na szyjach rywali, coraz śmielej pakując się w obręb ich bazy. Krytyczne sytuacje wymagają jednak drastycznych środków, a w tym wypadku sporego ryzyka, które w pełni popłaciło. Oblężenie na górnej części mapy rozpoczął Faker, jako pierwszy teleportując się pod inhibitor RNG. Gdy Chińczyków udało się odepchnąć od bazy na dole, za liderem podążyli także Khan oraz Teddy, we trójkę skupiając całą swą uwagę na Nexusie. Starannie przygotowana przez króla akcja w kilka sekund obróciła losy spotkania o 180 stopni, jednocześnie dając światu świadectwo, że Faker powrócił, jest na tych Mistrzostwach świetnie dysponowany i zamierza zniszczyć swoich wrogów. Niezależnie od tego, czy w drugim narożniku znajdzie Rekklesa, Xiaohu czy Uziego.

Jak podobały wam się dotychczasowe mecze SKT?
Uważacie, że Koreańczycy mają szansę na kolejne mistrzostwo?
I czy G2 jest wystarczająco silne, by pokonać Fakera i spółkę?

Dajcie znać w komentarzu poniżej!