Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
Polish article cover photo
Rozrywka

Najmniejsi też wygrywają, czyli jak faworyci dostawali łupnia

Nie zawsze wygrywa ten, kto jest faworytem. Ta prawda często znajduje też zastosowanie w rozgrywkach League of Legends.

Bycie faworytem w jakimkolwiek sporcie to wcale niełatwe zadanie. Wszyscy wokół wymagają, żeby każdy kolejny krok był właściwy, a każdy kolejny mecz powinien przejść do historii jako łatwe zwycięstwo. Towarzysząca  faworytom presja to uczucie, z którym muszą oswoić się wszyscy uważani za najlepszych w swoim fachu. Nie inaczej sytuacja wygląda na scenie League of Legends – tutaj również są ci, którzy na przestrzeni sezonów wyrośli do roli zdecydowanych faworytów. Drużyny, które zwykle wygrywają.

Ale czasami zdarza się, że na drodze tych kolosów stają dużo mniejsi, mniej znaczący gracze, którzy swoim zaangażowaniem i niespodziewaną taktyką potrafią powalić na kolana nie tylko wrogie ekipy, ale również wszystkich niedowiarków wokół, którzy nie dawali im szans tuż przed meczem. Najmniejsi też wygrywają. Zaskarbiają sobie serca kibiców i robią coś, co na długo zostaje w pamięci. A kto nie lubi czasami obejrzeć, kiedy gwiazdy spadają? 

Pogromcy Europy rodem z Brazylii

Pierwszy przykład być może nie spodoba się fanom EU LCS, ale niewątpliwie przeszedł do historii światowych rozgrywek League of Legends. Mowa tutaj oczywiście o pojedynku: KaBuM! e-Sports vs Alliance. Spotkanie miało miejsce podczas Mistrzostw Świata w 2014 roku, kiedy to reprezentujący EU LCS Alliance (Wickd, Shook, Froggen, Tabzz, Nyph) dostali solidnego łupnia od brazylijskiej organizacji występującej na mistrzostwach w ramach dzikiej karty. KaBuM! e-Sports (LEP, Danagorn, TinOwns, Minerva, Dans) przegrali wtedy wszystkie mecze w fazie grupowej, aby ostatecznie zmierzyć się w swoim pożegnalnym spotkaniu właśnie z Alliance.

U Europejczyków sytuacja wyglądała inaczej – Alliance pokazywali się z dobrej strony i radzili sobie całkiem nieźle, pokonując w grupie takich przeciwników jak amerykańskie Cloud9 czy Koreańczyków z drużyny Najin White Shield. Niemniej, marzenia o ćwierćfinałach prysły wraz z zakończeniem meczu przeciwko Brazylijczykom z KaBuM. Zupełnie bez presji, czując doping kibiców zgromadzonych wtedy w Singapurze, Thiago „TinOwns” Sartori i spółka pokazali na co ich stać. Świetnie zagrany początek gry i olbrzymia przewaga w złocie doprowadziły KaBuM! e-Sports do zwycięstwa.

Można powiedzieć, że to ta porażka w dużej mierze spowodowała odpadnięcie Alliance z dalszych rozgrywek — zwycięstwo tutaj dałoby szansę na inne możliwe wtedy scenariusze, ale ostatecznie to potknięcie wyeliminowało reprezentantów Europy z walki o wyższą lokatę. Według oficjalnych głosowań ten mecz został uznany za najlepszy pojedynek 2014 roku w ogóle, a w opinii wielu wciąż pozostaje największą niespodzianką w historii Mistrzostw Świata. 

IEM Katowice 2015 i historia World Elite

Wszyscy, którzy mieli okazję oglądać turniej Intel Extreme Masters 2015 w Katowicach na żywo, na pewno wciąż pamiętają doping niesiony po całej hali katowickiego Spodka. Tysiące gardeł wspierało wtedy drużynę World Elite, która właśnie miała stanąć w szranki z elitarną ekipą z Korei  GE Tigers.

WE (Aluka, Spirit, xiye, Mystic, YuZhe) przyjechali do Polski jako reprezentanci chińskiej LPL, którzy niespecjalnie mogli się poszczycić dobrymi występami w swojej lidze. Walczący o utrzymanie Da-yun „Spirit” Lee i spółka przybyli do Katowic z najgorszym bilansem zwycięstw i porażek ze wszystkich zaproszonych drużyn i dość powiedzieć, że raczej nikt nie zaliczał ich do grona faworytów. Aby tego było mało, dwóch ówczesnych członków drużyny dopiero co dołączyło do ekipy: Han-Wei „xiye” Su oraz Sung-jun „Mystic” Jin zostali rzuceni na głęboką wodę, gdzie praktycznie w ogóle wcześniej nie mieli czasu zgrać się z drużyną, ani też okazji wystąpić na międzynarodowej scenie.  

IEM WE

Ekipa World Elite na dobre zagościła wtedy w sercach polskich fanów

Po drugiej stronie barykady stali, wydawało się wtedy, niezniszczalni GE Tigers, którzy w koreańskiej LPL radzili sobie świetnie i górowali nad innymi z bilansem 10-0. W świetnej formie był Kyung-ho „Smeb” Song — już wtedy uważany za jednego z najlepszych graczy górnej alei na świecie. Zupełnie nic nie wskazywało na to, że Koreańczycy będą mieli jakiekolwiek kłopoty na drodze do ostatecznego zwycięstwa.

Tuż po fazie grupowej los chciał, że GE Tigers trafili właśnie na WE i dość skutecznie dali im do zrozumienia w pierwszym meczu, kto jest tutaj najlepszy. WE nie tracili jednak ani wiary w zwycięstwo, ani chęci do walki, a do tej skutecznie zagrzewał Da-yun „Spirit” Lee — ciągle z uśmiechem na twarzy i planem w głowie. Plan stał się rzeczywistością podczas dwóch kolejnych meczów, w których WE pokonali zdezorientowanych Tygrysów, aby ostatecznie rozstrzygnąć serię wynikiem 2-1 na swoją korzyść.

Ciężko sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek stawiał wtedy na drużynę z Chin, szczególnie w serii meczów, gdzie nie może być mowy o jakimkolwiek szczęściu i chwilowym spadku formy faworytów. WE, choć przegrali finał z drużyną Team SoloMid, na zawsze przeszli do historii katowickich rozgrywek IEM. 

Rosyjski czołg Albus NoX Luna — to stało się naprawdę

Zaledwie rok temu wszystkie oczy e-sportowego świata były zwrócone na mało znany wtedy skład z Rosji. Albus NoX Luna (Smurf, PvPStejos, Kira, aMiracle, Likkrit), bo o nich mowa, zakwalifikowali się na Mistrzostwa Świata 2016 z pomocą dzikiej karty — czyli podobnie jak wcześniej zrobili to KaBuM e-Sports w 2014 roku. Tym razem, historia była jednak dużo bardziej ciekawa, niż w przypadku Brazylijczyków.

Rosyjska ekipa pokazała się na tamtym turnieju ze świetnej strony. Nie tylko potrafili dorównać poziomem do innych zespołów z zachodniej i azjatyckiej sceny, ale również zagrać po prostu lepiej. Fenomenalna postawa Albus NoX była efektem co najmniej kilku czynników, ale na pierwszy plan wysuwało się świetne zgranie oraz wychodzenie na scenę bez żadnej presji i strachu. Dodatkowo o solidny ból głowy drużyny przeciwne przyprawiał Wspomagający rosyjskiej ekipy – Kirill „Likkrit” Malofeev, który zaskakiwał swoimi niekonwencjonalnymi wyborami postaci na tę pozycję. Na największą uwagę zasługuje jego gra Brandem. Płomień Zemsty okazał się idealnym bohaterem dla Likkrita, chociaż zwykle nie widujemy go przecież na dolnej alei. 

Likkrit

Likkrit przyzwyczaił kibiców, że zawsze walczy z pasją i pełnym zaangażowaniem

Ofiarą doskonałej formy Albus NoX Luna padli wtedy faworyci z Korei, wspomniani już dzisiaj Tigers, tym razem spod szyldu ROX. ROX Tigers (Smeb, Peanut, Kuro, Pray, Gorilla) przed tym turniejem byli stawiani jako pewny kandydat do gry w finale — mówiło się o nich wtedy, że są najlepszą drużyną League of Legends na świecie. Szczególnie w obliczu, wydawać by się mogło, nieco słabszej formy SK Telecom T1. Ekipa z Rosji miała na ten temat zupełnie inne zdanie, co udowodnili podczas 5. dnia Mistrzostw, kiedy przyszło im się zmierzyć z Tygrysami w fazie grupowej. Mecz trwał ponad godzinę i był jednym z najbardziej emocjonujących spotkań tamtego turnieju. ROX grali świetne spotkanie, ale Albus NoX zagrali jeszcze lepsze — widowisko na najwyższym e-sportowym poziomie.

Ostatecznie NoX Luna okazali się lepsi (pomimo przewagi ROX w zabójstwach) i zaszokowali wszystkich. Tym samym Albus NoX Luna zostali pierwszą drużyną, która zakwalifikowała się dzięki dzikiej karcie i wyszła z grupy do fazy pucharowej Mistrzostw. Tam niestety musieli uznać wyższość H2k, ale i tak zyskali wtedy całe rzesze fanów i należyty szacunek od innych drużyn. 

ROCCAT — pogromcy królów

Oczywiście nieoczekiwane wyniki nie zdarzają się wyłącznie na międzynarodowych turniejach. Każdy, kto śledzi uważnie EU LCS, na pewno potwierdzi te słowa. W tym przypadku, mowa o spotkaniu ROCCAT kontra G2 e-Sports, które miało miejsce podczas dopiero co zakończonego wiosennego sezonu EU LCS.

Historia ekipy ROCCAT (Phaxi, Maxlore, Betsy, Hjarnan, Wadid) z tego sezonu to dobry materiał na osobny artykuł. Rozpoczęli sezon w fatalnym stylu, co zresztą bardzo szybko przełożyło się na wyniki: bilans z początku sezonu to 0 zwycięstw i 7 porażek z rzędu (2:14 w grach). Wszystko jednak do czasu. 

Roccat

Wygląda na to, że Wadid i Betsy, oraz reszta drużyny znaleźli wspólny język

W końcu ekipie ROCCAT udało się zainkasować zwycięstwo przeciwko Origen, co wydawać by się mogło, nie jest zbyt wielkim osiągnięciem, bo przecież drużyna Enrique „xPeke” Martíneza grała w tym sezonie bardzo słabo. Niemniej, Felix „Betsy” Edling i spółka postanowili wykorzystać w pełni tę wygraną i na jej podstawie budować kolejne sukcesy — na zasadzie małych kroków do przodu. Na ich drodze stanął później Fnatic, stanęło Vitality oraz ekipa Giants, a nawet Misftis, którzy bili się przecież o najwyższe miejsce w tabeli. Wszystkie te drużyny musiały uznać wyższość ROCCATu, a na oczach kibiców rodziła się piękna historia, bo ROCCAT z tak słabego otwarcia, uzyskał bilans 5 zwycięstw i 7 porażek.

W końcu, niczym ostatni boss, na drodze ROCCATu stanęli G2 e-Sports, którzy nie zwykli przegrywać. Ba, nie przegrali jeszcze wtedy ani jednej serii w EU LCS. Wydawało się, że tutaj zakończą się fantastyczne wyniki ROCCAT. Nic bardziej mylnego! ROCCAT po świetnej i wyrównanej serii ostatecznie rozstrzygnął ją na swoją korzyść, dając pstryczka w nos najlepszej europejskiej ekipie. Seria zakończyła się wynikiem 2-1 dla ROCCAT, a doskonałą formą błysnął Kim „Wadid" Bae-in. Koreańczyk podejmował słuszne decyzje, dobrze inicjował walki drużynowe i nie dawał się łapać, co było dotychczas jego największą bolączką. Nie przeszkodziły mu nawet jego zielone włosy.

Niestety ostatecznie ROCCAT nie zakwalifikował się do fazy Playoff na rzecz Fnatic, ale zdecydowanie zasłużyli jako drużyna na nagrodę najlepszej historii wiosennego splitu EU LCS 2017. 

Nie tylko drużyny, ale również gracze

E-sportowa scena League of Legends pełna jest również innych pojedynków, tym razem bardziej w wymiarze indywidualnym aniżeli drużynowym. Czasem bowiem zdarza się, że to konkretny gracz jest z góry skazany na porażkę w danym pojedynku (szczególnie na liniach solo), ale ostatecznie to właśnie ten teoretycznie słabszy gracz wychodzi obronną ręką i potrafi pokazać, że umiejętnościami dorównuje tym najlepszym graczom na świecie.

Jednym z lepszych przykładów takiego pojedynku będzie mecz SK Telecom T1 kontra Fnatic podczas MSI w 2015 roku. Wiele mówiło się wtedy o ekipie z Europy, gdyż były to czasy, kiedy Fnatic zaskoczył wszystkich swoim wyborem zawodników, ściągając do ekipy dwóch mało znanych Koreańczyków. Dzisiaj Hoon „Huni” Seung  i Ui-jin „Reignover” Kim to klasa światowa zawodników, ale kto inny wtedy był głównym bohaterem. 

FNC Febiven

Febiven w barwach Fnatic wypracował sobie miano jednego z najlepszych środkowych w Europie

Wszyscy bowiem zawracali uwagę na pojedynek na środkowej alei, gdzie miał zmierzyć się Sang-hyeok „Faker” Lee oraz Fabian „Febiven” Diepstraten. Wielu ekspertów nie dawało wtedy szans młodemu Holendrowi, gdyż mało kto potrafił chociażby dorównać Koreańczykowi, o którym zwykło się mówić jako o najlepszym graczu na świecie. Niemniej, Febiven poradził sobie świetnie i pokazał, że nawet Faker może zostać dość skutecznie pokonany na linii. Febiven wybrał Zeda, podczas gdy Faker postawił na Azira – zwycięzcą okazał się ten pierwszy, aż dwukrotnie powalając Fakera w sytuacji jeden na jednego. Do Febivena od tamtej pory przyległ jeden z jego przydomków: Godslayer.

Całkiem podobna sytuacja, choć nieco mniej znacząca, a bardziej zabawna, miała miejsce również na Mistrzostwach Świata w 2015 roku, gdzie amerykańskie Counter Logic Gaming mierzyło się z Brazylijczykami z paiN Gaming. Znów, wydawać by się mogło, łatwy do przewidzenia wynik tego spotkania. Niemniej, wszystkie oczy kibiców zwrócone były na dwóch graczy. Na pierwszy plan wysuwali się Yiliang „Doublelift” Peng oraz Felipe „brTT” Gonçalves. Obaj grający na pozycji Strzelca w swoich ekipach zdążyli wypracować wtedy swego rodzaju rywalizację, gdzie zarówno z jednej, jak i z drugiej strony padły uszczypliwe słowa pod adresem przeciwnika. Amerykańscy kibice byli przekonani, że to Doublelift zdominuje mecz z paiN Gaming i poprowadzi CLG do zwycięstwa, ale Brazylijczycy nie mieli zamiaru się poddawać i wygrali tamto spotkanie. Tym samym, trochę na złość samemu Doubleliftowi, choć wiadomo, że ma w swoim dorobku bardziej znaczące osiągnięcia, przyjęło się mówić i pisać, że brTT > Doublelift”. 

Bo przecież o rywalizację chodzi

Na pewno można znaleźć jeszcze wiele przykładów, gdzie najwięksi tytani League of Legends muszą ugiąć się pod naporem tych mniejszych, mniej utalentowanych graczy. Ten brak talentu wtedy nadrobiony zostaje zgraniem, komunikacją, brakiem presji i nerwów, a może nawet luzem i zabawą, bo przecież nie ma wtedy nic do stracenia.

My, jako kibice, możemy tylko się cieszyć, że tego typu historie mają miejsce. Nie zawsze przecież wszystko musi pójść zgodnie z planem, a to właśnie wtedy często rodzą się pewne legendy, które zostają na długo w pamięci. Oto jeszcze kilka przykładów, które pasują do dzisiejszych rozważań:

  • Taipei Assasins kontra Azubu Frost (3-1) podczas finału Mistrzostw Świata w 2012 roku;
  • KT Arrows kontra SK Telecom T1 (2-0) w 2014 roku w lidze LCK;
  • Phoenix1 kontra Team SoloMid (2-1) w 2016 roku w NA LCS (kończąc 17 zwycięskich serii TSM z rzędu).

A wy? Macie pomysł na jakiś mecz bądź serię, która powinna się tutaj znaleźć?