Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
LEC

Niemożliwe nie istnieje! Podsumowanie pierwszej rundy play-off

Szybkie i zdecydowane triumfy, rozciągnięte w czasie batalie, świetne zagrania oraz przede wszystkim zaskoczenia. Sprawdźcie, co jeszcze działo się podczas pierwszego weekendu europejskich play-offów!

Pierwszy etap fazy pucharowej, jak bywa to przed każdą kolejką LEC, rozpoczął się od przejrzenia eksperckich predykcji. Swoje typy przedstawili komentatorzy, analitycy, goście studia, ale i kolektywnie fani Ligi z Twittera. Przewidywania były bardzo jednostronne. Do tego stopnia, że większość zainteresowanych nie spodziewała się zdobycia przez Rogue nawet mapy. Do tego również stopnia, że absolutnie nikt nie przewidywał wygranej Łotrów w całej serii.

Nic dziwnego biorąc pod uwagę, jak świetnie przez cały split radziło sobie Splyce. Węże utrzymywały się na drugiej lub trzeciej lokacie na tyle długo, że już przed paroma tygodniami zapewniły sobie miejsce w play-offach. Do tych Rogue ledwo wcisnęło się w ostatniej chwili, polegając ponadto w pewnym stopniu na rezultatach innych ekip ze środka tabeli. Faworyt pierwszego meczu tej fazy był zatem oczywisty. Splyce miało z łatwością rozjechać znacznie słabszego pretendenta i szybko wrócić do walki z G2 i Fnatic o możliwie wysokie lokaty. Jak bardzo jednak wszyscy się myliliśmy?

Rogue zaczęło serię z wysokiego C. Stworzyło kompozycję bardzo zbalansowaną na górnej części Riftu oraz nieco szaloną na dole. Po raz kolejny w tym splicie mieliśmy okazję oglądać w akcji Garena wspieranego przez Yuumi. Wybór Dumy Demacii na dolną aleję wydawał się dziwny już gdy należał do Rekklesa. W rękach Woolite’a zdawał się być totalnie egzotyczny, ale Polak nie tylko pokazał nam, że może dotrzymać kroku Szwedowi, ale również, że Garenem może zagrać nawet lepiej. Choć gra rozpoczęła się relatywnie wolno, już po kwadransie szala zaczęła chylić się na korzyść Rogue. Osiem minut później było już niemal jasne, kto zdobędzie pierwszy, cenny punkt. Splyce miało dominować, a samo zostało zdominowane!

Drugie spotkanie rozpoczęło się nieco bezpieczniej pod względem wybranych przez zespoły kompozycji. Długoletni fani Woolite’a, biorąc pod uwagę jego dawne tendencje do niefortunnego pozycjonowania się w walkach, z odrobiną trwogi zerkali na wybór niemobilnego Kog’Mawa. Jak się okazuje — zupełnie niesłusznie. Polski prowadzący ten etap zdaje się mieć już za sobą. Kontrolowany przez niego Kog’Maw był użyteczny w walkach, ginąc zaledwie raz w całej grze, ale tuż po tym spotkaniu to nie on był na ustach wszystkich. Laury zebrał przede wszystkim utalentowany Larssen ze środkowej alei, który przy pomocy Akali pokazał Humanoidowi kawał dobrej Ligi. Rezultat spotkania idealnie odzwierciedlił występ szwedzkiego środkowego. Splyce dłużej trzymało się na nogach, ale po niespełna 28 minutach ich baza na Rifcie znów stała w płomieniach.

Z meczu na mecz Splyce coraz lepiej uczyło się swojego rywala. Prezentując za każdym razem nieco inną strategię, było w stanie dłużej sprostać agresywnej taktyce Rogue. W trzecim meczu serii przez ponad 25 minut nie sposób było wskazać faworyta. Obaj pretendenci okładali się ciosami, zabierając sobie kolejne struktury czy wzmocnienia Riftu. Szli łeb w łeb, ale Splyce tak długo zbierało się do właściwej ofensywy, że ich szansa na triumf z umiarkowanie wysokiej spadła do żadnej na przestrzeni jednej walki w pobliżu Barona.

25:20, 27:42, 27:07 — tyle dokładnie trwały spotkania Rogue ze Splyce. Tak jak przewidywania ekspertów mogły być druzgocące dla zwolenników Rogue przed rozpoczęciem gier, tak ta statystyka miażdży Splyce po ich zakończeniu. Siła Węży polegała zawsze na rozwlekaniu gier w czasie i przejmowaniu kontroli w późnej fazie gier. Rogue zrobiło wszystko, by Splyce nie miało szansy do nich doprowadzić. Było zdecydowane, konkretne, szybkie i silne. Z dziesiątego miejsca w wiosennym splicie do co najmniej czwartego w letnim. Rajd Rogue trwa, a ich ostatni odcinek to nie tylko satysfakcja z rezultatu, ale i świetne widowisko.

rge

Jeżeli pierwszy dzień nie sprostałby waszym oczekiwaniom, już na początku drugiego czekała olbrzymia bomba. Starcie pomiędzy FC Schalke 04 i Team Vitality rozpoczęło się od wielkiej walki, gdy wszyscy bohaterowie znajdowali się jeszcze na pierwszych poziomach. Vitality wyszło z inicjatywą, szturmując dżunglę rywala, ale pozornie dobremu planowi brakowało skutecznego wykonania. Walka 5 na 5 dość szybko zmieniła się w pogrom na korzyść obrońców. Upset jako Caitlyn zgarnął pierwszą krew, a niedługo później dołożył do swojego wyniku jeszcze dwa zabójstwa. Z takim zastrzykiem gotówki na początku spotkania, reszta była już formalnością. Prowadzący ekipy z Gelsenkirchen z łatwością radził sobie z rywalem, kończąc grę na swoją korzyść w niespełna 24 minuty.

W drugim spotkaniu wnioski zostały wyciągnięte i tak poważnych błędów na początku gry nie popełniła już żadna ze stron. Spotkanie, choć przez długi czas wyrównane, było jednak bardzo krwawe. Zabójstwa wpadały na konto obu ekip w bardzo szybkim tempie, choć po ponad 20 minutach szala zaczęła wskazywać na korzyść S04. Na pierwszy plan na białym koniu wyjechał Abbedagge, który popisał się fenomenalnym występem jako Sylas. Europa ma co najmniej kilku zawodników dobrze radzących sobie z tym bohaterem, ale Abbe ma chyba ambicję, by zostać najlepszym z nich. Skończył z wynikiem 12/1/10 i nieoficjalną pentą na koncie, ponadto własnoręcznie niszcząc Nexus rywala. W pełni zasłużone MVP dla niego oraz drugi już punkt serii dla Schalke.

Gra Vitality nie wyglądała zbyt dobrze. Strategiom Pszczółek brakowało polotu, a ich kompozycjom fantazji. Do tego wszystkiego podczas spotkania piętrzyły się indywidualne błędy, które tym bardziej utrudniały rozwinięcie skrzydeł. Z bardzo podobnymi problemami ekipa Jactrolla rozpoczęła trzecie spotkanie. Wypchnięta na krawędź zaczęła grać nieco ostrożniej i choć bardzo długo walczyła o zyskanie przewagi, wreszcie skupiła się na tyle, by odbić się od dna. Z długiej, rozwleczonej na niemal 40 minut batalii Vitality wróciło z tarczą. Ostatkiem sił Pszczółki utrzymały swoje szanse na awans, ale już wcześniej złamane ambicje formacji nie zwiastowały powrotu do pełni sił.

Vitality w czwartej grze sięgnęło po Garena i Yuumi, ale magiczny duet nie zadziałał im tak dobrze, jak chociażby dzień wcześniej Woolite'owi. Gra co prawda przez długi czas nie znajdowała rozstrzygnięcia, ale po kwadransie było już widać nie tylko, że S04 ma lepszy plan na grę, ale również że w ogóle go posiada. Vitality znajdowało się w rozsypce, a obserwatorzy zachodzili w głowę, jakim cudem tak zdezorganizowane doszło w tej rywalizacji aż tak daleko. Schalke stopniowo zdobywało przewagę, a gra nie zakończyła się szybko, ale po wszystkim nie było wątpliwości, kto zasłużył na zwycięstwo bardziej. Drużyna z Gelsenkirchen zagrała wokół słabych punktów rywala. Niestety dla fanów Vitality oraz rodaków wspierających Jactrolla — w tej serii było ich bardzo wiele.

s04

Co sądzicie o rezultatach tej rundy?
Spodziewaliście się wygranych Rogue i Schalke?

Dajcie znać w komenatrzu poniżej!