Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
MSI

Niesamowite i nieprzewidywalne, EUforia! Podsumowanie półfinałów MSI 2019

Kto mógł spodziewać się takiego rozwoju wydarzeń? Sprawdźcie, jak zakończyły się jedne z najbardziej nieprzewidywalnych serii gier w całej historii Ligi!

Invictus Gaming vs Team Liquid

Podczas całego turnieju nie było chyba drugiej takiej gry. Mniejsze lub większe zaskoczenia pojawiają się zawsze przy okazji formatu BO1 i fazy grupowej, ale do tego półfinału IG wchodziło niemal jako pewniak. Eksperci i fani byli zgodni. Prawdopodobnie nawet zwolennicy G2 z niepokojem spoglądali w stronę finału, bo gdyby nawet udało im się przedrzeć przez SKT, na samym szczycie miał na nich czekać jeszcze poważniejszy przeciwnik. Mistrz zza oceanu miał jednak inne plany. Zawodnicy Teamu Liquid wyszli na Rift zdeterminowani i bardzo skupieni na celu. Ich pierwsza kompozycja pozwoliła im na utrzymanie równowagi, ale defensywa Chińczyków była zbyt szczelna, by przepuścić jakikolwiek atak. Jak to również IG ma w zwyczaju, z ich pasywnego stylu gry w ciągu 30 minuty zrodziła się potężna przewaga. Gdy mistrzowie świata dobijali się do bram bazy rywala, zdawało się, że ta gra jak i cała seria przebiegnie zgodnie z przewidywaniami. Na niewybaczającym błędów gruncie zniszczeni zostali jednak gracze IG.

Zawodnicy Teamu Liquid, pomimo wad i potknięć, zaczęli funkcjonować jak jeden, morderczy organizm, a to w zupełności wystarczyło przy przebić się przez gardę oponenta. Zaledwie kilka minut później Amerykanie pukali już do bram na drugim końcu mapy. 40 minut zajęło im rozpracowanie odpowiedniej strategii, ale czas i przebieg spotkania nie ma żadnego znaczenia w porównaniu ze słodkim punktem, którego zdobyciem serię otworzyli gracze TL.

Amerykanie nie mieli ponadto chęci zatrzymywać się ani na chwilę. Sięgnęli po jeszcze większe działa, gdy Chińczycy byli w odwrocie. Na Rifcie pojawiła się Vayne w rękach Doublelifta oraz Alistar jako CoreJJ. Świetny duet przyciągnął sporo uwagi, a IG znów przez blisko 30 minut kontrolowało przebieg spotkania. Gdy przewaga sięgnęła kilku tysięcy sztuk złota, TL ponownie przypomniało sobie o najważniejszym celu i zaczęło rozbijać fortyfikacje wroga jedna po drugiej. Kolejna gra, która wypchnęła oba zespoły na krawędź i kolejna, w której wbrew przewidywaniom to IG runęło w przepaść. Chińczycy, rozjuszeni smakiem krwi w ustach, przejęli ster i sięgnęli po swoje najważniejsze atuty w trzeciej grze. Rookie dorwał LeBlanc, którą rozsławił się przez lata i ponownie udowodnił światu, że jest prawdziwą bestią środkowej alei. W przeciągu kilkunastu minut Jensen dostał solidną lekcję Ligi, a fani chińskiego powerhouse’u odzyskali wiarę w podupadających faworytów. 10/1/9 LeBlanc miała stać się symbolem powrotu IG na właściwe tory.

Team Liquid absolutnie nie podłamało się jednak stratą pojedynczego punktu. Do czwartej gry zawodnicy amerykańskiej formacji weszli z jeszcze większym impetem oraz kilkoma sztuczkami. Kluczowe dla pomyślnego rozwoju sytuacji okazały się ponownie zagrania CoreJJa. Prowadzący formacji kąsali rywala raz za razem, a koreański gracz wsparcia sprawiał, że przychodziło im to z coraz to większą łatwością. Czwarta gra okazała się jedyną mapą serii, w której Team Liquid od początku zyskiwało przewagę. Inaczej niż w przypadku rywali, Amerykanie nie wypuścili jej jednak z rąk po 30 minucie. Po upływie dwóch kwadransów jedyne co opuściło Rift, to szanse IG na kolejny puchar. Chińczycy wygrali Mistrzostwa Świata i przejechali się po całej turniejowej stawce w grupach, ale równie mocno przejechali się na swojej przesadnej pewności siebie. To prawdopodobnie jeden z najbardziej zaskakujących rezultatów w całej, e-sportowej historii Ligi. Team Liquid pokonało mistrzów 3:1 i awansowało do wielkiego finału MSI 2019!

tl

G2 Esports vs SK Telecom T1

Pierwszy półfinał wprowadził nas w odpowiedni nastrój, a drugi dokręcił śrubę. Emocje sięgały zenitu, gdy wielkie potęgi europejskiej i koreańskiej sceny wychodziły na Rift, a w trakcie serii zrobiło się jeszcze ciekawiej! Oba zespoły miały przed sobą znacznie więcej niż walkę o finał międzynarodowego turnieju. SKT wciąż boryka się z zaznaczeniem swojej obecności wśród najlepszych, odkąd rok temu przeżyło poważny spadek formy. G2 z kolei przyjechało do Azji z fenomenalnym rosterem i wielkimi nadziejami, ale dotychczasowi oponenci potraktowali ich raczej surowo. Serce podpowiadało: “tak, G2, dacie radę!”, podczas gdy rozum w oparciu o wynik 5-5 z grup stwierdzał “raczej będzie ciężko”. I było, bo SKT doskonale przygotowało się do tej serii. Już pierwsza gra przebiegła zgodnie z oczekiwaniami koreańskich mistrzów. Skalująca się kompozycja Samurajów miała problem, by przetrwać wczesną fazę gry, a po 20 minutach było jasne, że duet Sona-Taric w tej grze nic już nie zdziała.

G2 na szczęście bardzo szybko wyciągnęło odpowiednie wnioski. SKT nie jest drużyną wybaczającą błędy i losy kolejnych spotkań trzeba było wziąć we własne ręce. Pomysł Samurajów na siebie zmienił się diametralnie, a na drugą mapę wybiegły postacie znacznie bardziej agresywne i dynamiczne. Akali w rękach Capsa i Perkz jako Draven to mieszanka iście wybuchowa. Obaj dominatorzy z zachodu mieli okazję, by zatrząść Koreą w posadach, a Duńczyk dodatkowo przypieczętował świetny występ pentakillem.

Zmorą Samurajów w kolejnych spotkaniach stała się Rek’Sai i kontrolujący ją Clid. Koreańczyk był absolutnie wszędzie, węsząc zabójstwa we wszystkich zakątkach mapy. SKT weszło do trzeciej gry tak, jakby poprzednia porażka w ogóle się nie wydarzyła. W ich decyzjach nie było widać strachu, a jedynie bardzo silną konsekwencję i umiejętności godne mistrzów. Caps w poprzedniej grze rozszarpał rywala na kawałki jak lew, ale w tej przypominał raczej dachowca zakrztuszonego kłaczkiem. G2 chwilowo straciło na siebie pomysł, a SKT zyskało szansę, by przycisnąć rywala do ściany. Każdy kolejny błąd oznaczałby zagładę szans na europejsko-amerykański finał.

G2 nie dali wytchnienia swoim fanom, serwując jeszcze jeden rollercoaster emocji w grze numer cztery. Jankos wraz z ekipą ponownie zmienili strategię, a postawienie na bardziej statyczną, klasyczną kompozycję wzbogaconą Skarnerem zdało egzamin. Przynajmniej na początku gry, bo G2 bardzo szybko zaczęło wypracowywać dużą przewagę, którą później… niemal całkowicie straciło. Jest naprawdę niewielu graczy na świecie, którzy potrafią wyjść na przeciw całej presji tak dużego turnieju i zdziałać absolutne cuda, ale Faker jest jednym z nich.

To zagranie dało początek problemom, z którymi G2 borykało się już do końca spotkania. Z nożem na gardle, bo każde potknięcie mogło oznaczać koniec szans na awans, Samurajowie i tak podejmowali ryzyko. Będąc w defensywie, zabierali się za Nashora i teleportowali do otwartej bazy rywala, gdy ten metodycznie odwracał losy spotkania na własną korzyść. W ostatniej, dramatycznej akcji Wunder został wciągnięty w zasięg morderczej fontanny, ale przeżył i ostatkiem sił wywalczył niezbędne zwycięstwo.

Cała widownia zawrzała, gdy Wunder w piątej grze wybrał dla siebie Pyke’a. Świetna dyspozycja w poprzednim spotkaniu i rewelacyjne występy na tej postaci w przeszłości to zwiastuny wielkich kłopotów dla SKT. Co oczywiste, Koreańczycy nie pozostali dłużni i grali o swoje do końca. Faker i Teddy stawali na głowie, by przedłużyć szanse swojej formacji, ale na tak zdeterminowane G2 nie było mocnych. Przez cały mecz Europejczycy pogłębiali swoją przewagę, a po zaledwie 30 minutach wszystko było już jasne. G2 przedarło się przez wściekłego Fakera, zneutralizowało groźnego Clida i pokazało Teddy’emu, że jego czas jeszcze nie nastąpił. W sensacyjny sposób reprezentanci zachodniej sceny doszli wspólnie do finału, a teraz czeka nas pojedynek, którego nie wierzyliśmy, że dożyjemy. Ameryka Północna i Europa w wielkim finale MSI 2019! Nie może was zabraknąć, bo nasi zawodnicy z LEC i Jankos wciąż potrzebują wsparcia. Są już o krok od zapisania się w historii złotymi zgłoskami i serce, tak jak poprzednio, podpowiada nam, że tak się właśnie stanie!

g2

Wielki finał MSI już w niedzielę, 19 maja o 09:00

Kto według was wzniesie nad głowę puchar tegorocznego MSI?
Czy Jankos pójdzie za ciosem i po wygranym LEC zdobędzie kolejny mistrzowski tytuł?

Dajcie znać w komentarzach!