Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
LCS

Pomarańczowa kolejka górska

Przyjrzyjmy się wzlotom oraz upadkom tych ikon europejskiej sceny oraz temu, dlaczego Fnatic znów zdaje się zmierzać po mistrzostwo.

Starsi fani europejskich rozgrywek z pewnością pamiętają jeszcze czasy, gdy drużyna spod pomarańczowego znaku, jeszcze pod wodzą Bora „YellOwStaR” Kima absolutnie dominowała lokalną scenę. Tylko najzagorzalsi fani będą jednak w stanie przypomnieć sobie całą historię tej drużyny i dostrzec pewne zależności. Przyjrzyjmy się zatem wzlotom oraz upadkom tych ikon europejskiej sceny oraz temu, dlaczego Fnatic znów zdaje się zmierzać po mistrzostwo.

Fnatic to jedna z najstarszych, poważnych organizacji e-sportowych na świecie. Na scenie League of Legends funkcjonuje od samego początku, czyli aż od 2011 roku i od tego czasu jest też jedyną tego typu drużyną, która wciąż utrzymuje się blisko szczytu. Obecnie trudno wyobrazić sobie w taki sposób obstawione Mistrzostwa Świata, bo rokrocznie zespoły z Azji zdają się udowadniać, że to do nich należą w tej grze ostatnie słowa. Ponad 6 lat temu czołówka wyglądała jednak zupełnie inaczej i choć w turnieju można było jeszcze trafić na znajome twarze zza Oceanu (Counter Logic Gaming i Team SoloMid na kolejno 5. i 3. miejscu), tak to właśnie wygrana Fnatic przypieczętowała wtedy początek życia prawdziwej europejskiej legendy. Gracze ze Starego Kontynentu rozpoczęli wtedy w najlepszy możliwy sposób, jednak ich dominacja, szczególnie w globalnej perspektywie, nie trwała długo. Pomimo wielu pomniejszych sukcesów w kolejnych latach, już w 2012 Mistrzostwa Świata odbyły się bez udziału Fnatic. I ten niebezpieczny trend niestabilności zdaje się ciągnąć za Pomarańczowymi w zasadzie od początku istnienia organizacji.

Old Fnatic Worlds

Nie jest oczywiście tak, że Fnatic w jednym sezonie niezdarnie trze o dno, a w każdym kolejnym zasiada na tronie. Drużyna ta to niemal zawsze przynajmniej europejska czołówka. Próba zakwalifikowania się do najważniejszych rozgrywek w 2012 zakończyła się niepowodzeniem, ale jeszcze w tym samym roku udało im się wygrać turniej DreamHack Winter. Kolejny rok to naprawdę solidny występ zarówno w lidze (2 wygrane splity) jak i na Mistrzostwach (3-4 miejsce). Kolejny, wedle reguły dotyczącej największego turnieju, to nadal niezłe splity, ale ostatnie (13-16.) miejsca w odbywającym się w Korei turnieju. 2015 to niemal kopia roku 2013 i tym samym jeden z najlepszych okresów dla organizacji. To właśnie wtedy, jeszcze z Seung „Huni” Hoon Heo oraz Kimem „Reignover” Ui-jinem w składzie, udało im się zagrać praktycznie perfekcyjny split — nie oddając w regularnym sezonie ani jednego punktu. Świetny lokalny występ Europejczycy wsparci przez koreańskie talenty zwieńczyli również wysokim, bo aż 3-4 miejscem na Mistrzostwach w tamtym roku. Odejście obu koreańskich nabytków w kolejnym sezonie wprowadziło jednak organizację w jeden z największych dołków w jej historii. Zaledwie trzecie oraz 5-6 miejsca w regularnych splitach oraz brak kwalifikacji na najważniejszy z turniejów był dla drużyny olbrzymim ciosem, który wielu fanów uważało również za początek końca wieloletniej legendy.

W końcu nadszedł jednak obecny rok, kolejny split, trochę zmian w zespole oraz zupełnie nowe nadzieje. Wiosna zaczęła się nie najgorzej, bo od 3. miejsca, choć to właśnie w obecnym splicie dopatrywałbym się nowego początku dla drużyny oraz niezłych szans na nadchodzące Mistrzostwa. Udział Pomarańczowych w tym prestiżowym wydarzeniu nie jest oczywiście jeszcze pewny ani potwierdzony, ale biorąc pod uwagę 50 punktów zdobytych w wiosennym splicie oraz niebywale dobrą formę w obecnym, szanse na awans są naprawdę spore. Przyjrzyjmy się zatem filarom, na których stoi nowe Fnatic i dlaczego ten rok może być kolejnym, w którym z niepokojącą regularnością odnotują przynajmniej relatywny sukces na Mistrzostwach.

Szwedzki Maestro

Rekkles at Rift Rivals 2017

Dwudziestoletni Szwed dostał już u nas sporo pochwał i podczas ostatnich kilku tygodni pojawiał się głównie (lub gościnnie) w naszych artykułach wielokrotnie. Nie sposób uciec przeczuciu, że kolejne komplementy nie byłyby słowami rzucanymi na wiatr, bo Rekkles w tym sezonie naprawdę robi różnicę. Jego osiągnięcia i wybitne wyniki w grach są tym bardziej imponujące, że jeszcze bardzo niedawno z obozu Fnatic dochodziły do uszu fanów niemal wyłącznie złe wiadomości. Mówiło się, że Rekkles odcina się od drużyny. Że trenuje oddzielnie i że pomimo całkiem zadowalających mechanik na Rifcie, cały zespół traci na tym wewnętrzną spójność.

Pomimo problemów Martina na gruncie psychologicznym i fizjologicznym, drużyna radziła sobie całkiem nieźle i wciąż dała radę skończyć na aż, bo wciąż dobrej, trzeciej pozycji w wiosennym splicie. Oczekiwania słusznie wzrosły wraz z nadejściem obecnego splitu oraz powrotem Rekklesa do treningów z drużyną, bo Pomarańczowi to w lecie zupełnie inny i nie bójmy się powiedzieć — lepszy skład. Fnatic radzi sobie w Europie lepiej, niż jakakolwiek inna drużyna, wliczając w to nawet do niedawna uznawane za niepokonane G2 Esports oraz niezwykle silne Unicorns of Love. Nawet umiarkowanie udany występ ekipy na interkontynentalnym turnieju z serii Rift Rivals nie zdaje się odejmować młodemu Szwedowi niezwykle udanego splitu. Niesamowity i niebywale groźny Kennen, wyjątkowo dobre wyniki w praktycznie każdej grze (KDA na poziomie 14.6 w 21 grach) i, przynajmniej pozornie, świetne przywództwo dla drużyny. Dolary przeciwko orzechom, że Martin „Rekkles” Larsson to obecnie najważniejszy filar Fnatic, o ile Pomarańczowym uda się sięgnąć po mistrzostwo.

Weteran i żółtodziób

sOAZ at Rift Rivals 2017

Postawienie Rekklesa zupełnie obok konkurencji zdaje się mieć totalnie logiczne podstawy, choć w zachwytach nad utalentowanym Szwedem nie można posunąć się za daleko. Fnatic to nadal długoletnia legenda, która stoi nie tylko dolną aleją. Tym bardziej perfekcyjnym połączeniem wydaje się być mix starej, doświadczonej krwi oraz młodego, nieokrzesanego jeszcze talentu. Po jednej stronie tego równania stoi oczywiście chyba najbardziej znany Francuz EU LCS, czyli Paul „sOAZ” Boyer. Legenda górnej alei funkcjonuje na scenie dłużej od samego Fnatic. Chociaż już w 2011 roku otarł się o nieprawdopodobny sukces (zajął 2. miejsce na pierwszych Mistrzostwach Świata wraz z aAa, przegrywając wyłącznie właśnie z Fnatic), to jego pierwszy tytuł na jednej z imprez typu IEM notuje się już na rok 2010. Od tego czasu, z drobnymi wyjątkami, czyli dokładnie tak jak organizacja, do której teraz przynależy, oscylował wokół czołówki profesjonalnej sceny Ligi. Pierwszym dużym dołkiem okazał się poprzedni rok, czyli sezon, w którym wraz z sOAZem upadał Origen. Hiszpańska organizacja z krótką, choć pełną sukcesów historią, okazała się być wadliwą łajbą, z której tuż przed rozpoczęciem tego sezonu sOAZ zdołał się ewakuować. Można by stwierdzić, że wrócił na stare śmieci, ale powrót ten wychodzi mu jak dotąd na dobre.

Caps at Rift Rivals 2017

W odmienionym pod jego nieobecność składzie Fnatic napotkał między innymi na Rasmusa „Caps” Winthera, który jest przedstawicielem totalnie innej grupy graczy. Niezwykle młody (nieskończone nawet 18 lat!) duński talent, to niemal idealne przeciwieństwo sOAZa pod kątem doświadczenia. Przed Fnatic Rasmus grał dotąd na poważnie wyłącznie w Turcji i przez krótki czas w europejskim Challenger Series. Zastąpienie w drużynie świetnego Fabiana „Febiven” Diepstratena żółtodziobem wydawało się być co najmniej lekkomyślne, ale nowa twarz młodej, utalentowanej sceny od razu dała się we znaki niedowiarkom. Caps był niechlubnie kojarzony z toksycznością, ale i ogromnym talentem i gdy tylko zaczął poważną pracę nad swoim głównym problemem, szybko przylgnęła do niego łatka z napisem „Baby Faker”. Do największej gwiazdy profesjonalnej Ligi nadal brakuje mu bardzo dużo, ale Fnatic zdaje się mieć w rękach jeden z, o ile nie największy talent młodego pokolenia. Ryzykowna inwestycja w Capsa może się ostatecznie okazać dla organizacji niezwykle lukratywną opcją.

Wbrew pozorom, połączenie totalnych weteranów oraz nieopierzonych jeszcze orłów zdaje się przynosić Fnatic wymierne rezultaty już teraz. Trzecie miejsce podczas wiosennego splitu, to z pewnością jeszcze nie szczyt marzeń zarządu organizacji, ale im dalej w las, tym więcej drzew. A w tej analogii drzewa to kolejne zwycięstwa, które nowe Fnatic odhacza na swojej liście z bezczelną pewnością siebie.

Bo historia lubi się powtarzać?

Trzeci argument jest najbardziej prozaiczny i najmniej logiczny. Co jednak jeśli historia faktycznie po raz kolejny zatoczy koło, a Fnatic odnotuje na swoim koncie następne, udane Mistrzostwa Świata — akurat w sezon po dużej porażce i braku udziału w tym prestiżowym wydarzeniu? Z jednej strony trudno ulegać tym założeniom bez wartościowej argumentacji, z drugiej zaś nawet ta wadliwa teoria wydaje się być możliwa, jeżeli spojrzeć jedynie na to, jak drużyna pod wodzą odmienionego Rekklesa radzi sobie obecnie na Rifcie.

Dajcie znać, co sądzicie o Fnatic w tym sezonie!
Myślicie, że drużyna ma realne szanse na awans oraz walkę o wysokie miejsca na Mistrzostwach Świata?
A może o ich braku sukcesów w poprzednim roku decyduje coś innego i organizacja potrzebuje więcej czasu, by rozwiązać wszystkie problemy?