Jump to Main ContentJump to Primary Navigation
Mistrzostwa Świata

Trzy oblicza Europy na MŚ 2018

Vitality, G2 i Fnatic — o trzech odmiennych drogach, początkach i końcach na tegorocznych Mistrzostwach

Na Mistrzostwach robi się poważnie. Faza grupowa dobiegła końca, a wszystkie zespoły poznały już swoich rywali ćwierćfinałowych oraz potencjalnych oponentów na kolejnych szczeblach eliminacyjnej drabinki. Dwa z trzech zespołów europejskich znalazły się wśród najlepszej ósemki świata. Przeanalizujmy zatem, co przyczyniło się do tak dużego sukcesu naszego regionu. Zastanówmy również, czy Europa ma w tym roku realne szanse na puchar.

W pogoni za niemożliwym

Pozwolę sobie zacząć właśnie od nich, bo to ich umiejętności i wola walki zostały wystawione na próbę jako pierwsze. Jak pamiętamy, ekipa nie trafiła losu na loterii podczas doboru grupowych przeciwników. Do jednego ringu wrzucono im aktualnego mistrza Chin i zdobywcę tegorocznego MSI w jednym, a także obecnych mistrzów świata, którzy w  tej edycji turnieju wystąpili po prostu pod innym banerem. Kiedy społeczność ze spokojem, ale i bezczelnym, szelmowskim uśmiechem, stawiała na nich krzyżyk, chłopaki z drużyny publicznie dawali upust swojej pewności siebie.

Słowa niby kij wsadzany w mrowisko pobudzały ich fanów, ale i zagorzałych przeciwników. Obie grupy z charakterystyczną dla siebie zaciekłością wykłócały się o zasadność słów Polaków, ale jak miało się później okazać — zupełnie niesłusznie. Droga, którą przeszło Vitality na przestrzeni ostatniego roku, jest bowiem podłożem dla jednego z najlepszych scenariuszy, jakie mogła nam napisać Liga. Skład dominujący w Hiszpanii wszedł do LCS jak do siebie. Reakcje fanów były wtedy jednak demotywujące. Całe rzesze widzów pukały się w czoła, raz za razem wspominając przysłowia i zwiastując upadek Vitality przynajmniej tak głośny, jak głośny był ich głos w pomeczowych wywiadach czy w mediach społecznościowych. Grupka nowicjuszy zainwestowała w styl bycia, w którym pokora ustępowała banterowi, a to stało się pożywką dla widzów tylko wyczekujących potknięcia. Na ich nieszczęście styl ten został zbudowany na bardzo solidnym fundamencie tytanicznej pracy, konsekwencji i dyscypliny. Vitality stworzyło w swych rękach broń, którą eliminowało kolejnych niedowiarków, przy okazji pozostawiając za sobą również zdruzgotane legendy europejskiej sceny.

vit

Krytyka zdawała się być wodą na ich młyn. Niesieni ambicjami raz za razem przesuwali granicę tego, co społeczność kolektywnie uznawała za wykonalne. Walka z najlepszymi w debiutanckim splicie, awans i równa rywalizacja na etapie play-offów czy w końcu — wyjazd na Mistrzostwa Świata. Kiedy Kikis grał w lokalnej sklejce, publika zastanawiała się, jak pokonać dominujące na rodzimej scenie Illuminar. Kiedy dołączył do IHG, a polscy widzowie powątpiewali w szanse swoich w European Masters, pokazał - dochodząc do finału tego turnieju - że możemy walczyć z absolutnie najlepszymi. I możemy tylko gdybać, ale prawdopodobnie gdy dołączał do średnio radzącego sobie Vitality w środku sezonu, mentalnie był już na Mistrzostwach w Korei.

kikis

Vitality nie jest bezwzględnie i obiektywnie łatwe do lubienia. Chłopaki często pozwalają sobie na stwierdzenia i teorie, które pozornie obdarte są z pokory czy nawet szacunku do rywali. Ich wizerunek idealnie współgra jednak z rygorem pracy, który doprowadził ich tak daleko. Drużyna jest już poza turniejem, ale przed odejściem zapewniła nam pierwszorzędny spektakl. Gdy do LCS wchodziła jak do siebie, zwiastowano im porażkę. Gdy to samo sprawdzone rozwiązanie zastosowali na Mistrzostwach, ich podejście było uznawane nadal za wręcz niedorzeczne. To jednak, co zadziałało, to fakt, że Vitality nie bało się narzucić swojej gry. W emocjonalnym wywiadzie i apelu do pozostałych w turnieju drużyn, trener ekipy zachęcał do grania na własnych zasadach. Przez całe sezony w DNA z Zachodu zakodował się ślepy podziw dla koreańskich czy chińskich formacji. Na międzynarodowych scenach europejscy mistrzowie wystawiali się na strzały, grając pod dyktando azjatyckich oponentów, co najczęściej kończyło się szybką porażką i eliminacją z turnieju. Vitality zagrało wbrew tym przekonaniom. Postawili na swoją metę, strategię, wybory bohaterów oraz charakterystyczną dla siebie mentalność. Nie zdołali spełnić swoich obietnic, bo być może zabrakło im odrobinę konsekwencji w walce z Cloud9. Odpadli z grup, ale zrobili to w wielkim stylu, pokazując reszcie świata, że Uzi, RNG, byli mistrzowie świata, Korea czy Chiny — nie ma znaczenia, bo każdego da się pokonać.

vit

Znad krawędzi na sam szczyt

W przeciwieństwie do Vitality, G2 posiada już globalnie rozpoznawalną markę, za którą w jednej linii idą fani formacji oraz wielkie oczekiwania europejskich kibiców. Po niegdyś tak mocno dominujących Samurajach nie ma już w zasadzie śladu. Na szkielecie tamtej ekipy i wokół Perkza stworzony został nowy twór, którego potencjał i faktyczne wyniki często rozmijały się na Rifcie. G2 bywało silne i bywało również bardzo słabe i jeżeli jeden tylko przymiotnik miałby opisać ich dyspozycję przed Mistrzostwami, to postawiłbym na “niestabilny”. Początkowe porażki uzasadniano potrzebą dogrania się i synergii, kiedy jednak te były już na miejscu, na niewiele więcej można było zwalić. G2 wiosną ostatecznie stanęło na drugim stopniu podium, ale ich drodze daleko było do perfekcji. Fazę zasadniczą zdołali wtedy skończyć z rekordem 11-7, a o szansie na ostateczne złoto nie było mowy. Fnatic nieśmiało formowało wtedy swój uniwersalny styl gry, a niedające z nimi rady G2 zwiastowało jednoznacznie, że nasz drugi europejski kandydat nie jest gotowy do walki z najlepszymi tego świata.

wunder

Lato rozpoczęło się optymistycznie, bo pamiętna meta bardzo sprzyjała Jankosowi i spółce. Strategia funnel oraz wszystkie jej odmiany i wariacje na jej temat — G2 czuło się jak ryba w wodzie, ale gdy tylko powrócił stary porządek, organizacja z czterema mistrzostwami zaczęła bezwładnie telepać na pozbawionym wody brzegu. Podobnie jak w przypadku graczy Vitality, tak i w przypadku graczy tej formacji podniosły się głosy niezadowolenia. Ulubieniec fanów, Jankos, spotkał się z krytyką jego metod. Uwielbiane analizy i poradniki szybko znalazły bowiem przeciwników, gdy G2 przestało radzić sobie tak dobrze, jak oczekiwałaby tego scena. Niegdysiejsi mistrzowie i srebrni medaliści wiosennego splitu stanęli nagle nad przepaścią, znad której drogi prowadziły tylko w dwa miejsca — w zapomnienie i poczet wielkich przegranych oraz na Mistrzostwa, gdzie co roku spotyka się śmietanka światowej sceny.

hjarnan

Dla ambitnego Polaka oraz jego drużyny wybór był łatwy. Nie możemy mówić o dnie, bo to przez cały split zajmowane było przez H2K [sic!], ale niedostanie się na MŚ byłoby dla tej organizacji ciosem poniżej pasa. Kubeł zimnej wody, będący również zapewne bodźcem do zmian, było nieszczęsne 0-3 na Misfits w ćwierćfinałach EU LCS. Drużyna utalentowanego Hansa Samy była wtedy na końcu rozpaczliwie słabej serii o przetrwanie, a G2 nie zdołało jej urwać choćby jednej mapy.

Zespołowe zmiany rozpoczęły się od założeń taktycznych. Perkz będący osią dla nowego G2 musiał przestać być centralnym i jedynym ważnym elementem drużyny. Zbyt wiele kompozycji stało na przestrzeni ostatnich splitów budowanych było wokół jego formy, której chwilowe braki były wręcz katastrofalne w skutkach. Już w końcówce letniego splitu, gdy ekipa zawzięcie walczyła o bilet do Korei, byliśmy świadkami małych ewolucji. Hjarnan będący wciąż w cieniu innych strzelców czy nawet Perkza wewnątrz swojej formacji, dostał wreszcie kredyt zaufania, który całkowicie wykorzystał. Europejskie boty przekonały się wtedy bowiem, że G2 nie potrzebuje funnel-strat, by Heimerdinger w rękach ich strzelca stawał się bronią masowego rażenia. W kolejnych meczach eliminacji graczem serii najpierw stał się zatem Hjarnan, a chwilę później — w pojedynku z Schalke  nasz rodak Jankos. Marcin nie miał najlepszego sezonu, a jego zuchwałej agresji niesionej chęcią zdobycia pierwszej krwi brakowało szczególnie w ważnych spotkaniach. Mamy już za sobą co prawda kilkanaście meczów G2 na Mistrzostwach, ale być może właśnie tamta seria na S04, w której ważyły się losy Samurajów, powinna być uznana za jego najważniejszą w tym roku. Wtedy bowiem stał się siłą, której potrzebował i Wunder, i Perkz.

jankos

Dyspozycja G2 w tym turnieju jest nieustannie pod nerwową obserwacją największych fanów. Zawodnicy przechodzą przez kolejne etapy rywalizacji, zdarza im się nawet pokonywać potencjalnie potężniejszych przeciwników. Z tyłu głów entuzjastów europejskiej Ligi nadal pali się na pewno lampka, bo widywaliśmy już takie G2 parokrotnie. Potencjał przebijający na pierwszy plan często chował się już po kilku spotkaniach, a drużyna ostatecznie zawodziła w plebiscycie ogromnych oczekiwań. Zdaje się jednak, że teraz jesteśmy świadkami czegoś innego. Wcześniejsze wzloty i upadki w bardzo bliskim układzie korespondowały z formą ich lidera ze środkowej alei. Drużyna zbyt często grała wokół Perkza, a gdy ten nie dawał rady, cele turnieju czy choćby i pojedynczej mapy nie miały szans na realizację. Na tych Mistrzostwach jesteśmy jednak świadkami czegoś, co skrótowo można by nazwać sprawiedliwą dystrybucją odpowiedzialności. Zawodnicy zrozumieli chyba, że muszą dawać z siebie więcej, a ich intencje muszą być głośniejsze niż okrzyki zachwytów wokół zagrań środkowego. Z tego też powodu Wunder uznawany jest za objawienie turnieju i jednego z najlepiej radzących sobie górnych na świecie. Z tego samego powodu Heimerdinger Hjarnana jest teraz wyborem, którego musi się obawiać każdy — w tym również pozornie niepokonani wirtuozi bota, tacy jak Deft czy Uzi. W końcu również Jankos stał się pewnym elementem, na którym w każdej chwili może spocząć odpowiedzialność, która za mocno ciąży często liniowym tej ekipy. G2 nie trafiło najlepiej. W ćwierćfinale czeka już na nich chińskie RNG, ale Samuraje, których gry jesteśmy teraz świadkami, to obecnie inna i lepsza drużyna, niż ta, którą pamiętamy. Vitality i Attila pokonali Uziego. Wierzmy zatem, że Wunder, Jankos, Perkz, Hjarnan i Wadid również to potrafią. #G2WIN

g2

Główny pretendent

Na koniec wisienka z samego szczytu europejskiego tortu. Crème de la crème lokalnej siły w ligowych zmaganiach oraz największa nadzieja kontynentu na drugi tytuł — zarówno na konto EU LCS, jak i samego Fnatic. Pomarańczowi nie mają tak zawiłej i pokrętnej historii sezonu jak powyższa dwójka, ale to nie ujmuje ich umiejętnościom oraz woli walki. Drużyna ta spełniła bowiem wszystkie nadzieje, które pokładano w niej w lidze i udowodniła, że jest solidnym kandydatem do walki o najwyższe trofea. Fnatic jest starannie stworzonym i rozwiniętym na przestrzeni sezonu produktem, który jest zapewne najlepszym, co w ósmym sezonie EU LCS ma do zaprezentowania światu.

fnc

Na pierwszym planie tego arcydzieła błyszczy obecnie Caps. Młodziutki Duńczyk, pozyskany do składu jako baby-faker, rozwinął skrzydła, dojrzał, skradł serca, a teraz mówi się o nim, jako o jednym z największych talentów świata. Chociaż ekipa przez całe splity polegała na niezawodnych barkach Rekklesa, rola lidera musiała zostać rozproszona w erze mety bez strzelców. Inicjatywę chętnie przejmował ostatecznie właśnie Caps, bo z centralnej części mapy stosunkowo łatwo było my wpływać na losy swoich sojuszników. Duńczyk dwoił się i troił, imponując zarówno indywidualnymi zagraniami, jak i kunsztem zespołowych rozwiązań. Niebywale udany split ukoronował aż siedmioma nagrodami gracza meczu oraz najwyższą formą indywidualnej nagrody z LCS, czyli MVP. Nagle, zanim się spostrzegliśmy, Fnatic stało się w posiadaniu dwóch graczy światowego formatu, a presja ciążąca na Rekklesie mogła zostać na spokojnie ujarzmiona podczas jego przerwy.

rekkles

Co do tej przerwy natomiast — letni split był dość szalony, prawda? I Fnatic, Fnatic są szaleni, sadzając jednego z najwybitniejszych strzelców zachodu na ławce na niemal cały split. Pierwsze składowe rotacje ustanowiły precedens, ale mało kto wierzył, że Szwed nie zagra przez ponad połowę regularnych spotkań. Co jeszcze bardziej zaskakujące, Fnatic radziło sobie bez niego równie dobrze, bo nauczyło się adaptacji. Nie było i prawdopodobnie przez długo nie będzie jeszcze w EU LCS drużyny tak świetnie dostosowującej się do zmian. Niezależnie od mety, przeciwników, podjętych strategii czy banów wytoczonych przez ich rywali — Pomarańczowi znajdowali zawsze chociaż jedną kombinację, w którą mogli wepchnąć cały swój roster i wygrać. Bwipo będący z początku wyłącznie zamiennikiem sOAZA latem stał się jego stałym zastępcą, a później nawet współpracownikiem, gdy pod nieobecność Rekklesa górni grali i na topie, i na bocie.

bwipo

Podczas gdy Rekkles, sOAZ i Bwipo bili się o te same pozycje, na drugim planie stabilnie rozwijał się natomiast Broxah, którego najnowsze zagrania to prawdziwe perełki. Gracz będący jednym z najbardziej niedocenianych zawodników zdaje się robić teraz wszystko, by przysłużyć się swojej drużynie. I robi to wręcz rewelacyjnie, sprawdźcie na przykład to:

To wszystko składa się na mozaikę, której piekielnie powinni obawiać się wszyscy pozostali w turnieju rywale. Fnatic potknęło się w meczu na Invictus, które jest naprawdę silną chińską ekipą, ale kolejne mecze powinny sprzyjać Europejczykom. Na przestrzeni BO5 Pomarańczowi są potencjalnie najtrudniejszą do pokonania drużyną. Rotacje, których mogą dokonać w obrębie swojego rostera, wymuszą na rywalach gotowość na absolutnie wszystko. Mało kto może sobie pozwolić na dotrzymanie kroku, a Fnatic szczęśliwie wylosowało ponadto tę łatwiejszą część drabinki eliminacji. Ich rywalem będzie teraz EDG, ale Chińczycy nie zachwycają formą i to europejska organizacja jest faworytem. W Fnatic pokładamy największe nadzieje. Mają wszelkie predyspozycje, by sięgnąć co najmniej po finał, a któremu fanowi EU LCS nie marzy się #EUphoria z okazji wygranych przez nasz region Mistrzostw Świata?

fnc

Komu kibicujecie w fazie pucharowej Mistrzostw?
Czy uważacie, że ekipy z Europy awansują dalej?
Podeślijcie nam również w komentarzach linki do swoich typowań!